W tym artykule zabiorę Cię w niesamowitą, pełną zapachów i smaków podróż na słynny tajski targ kolejowy Maeklong, którą zorganizowałem całkowicie na własną rękę. Opowiem o tym, jak wygląda absurdalny przejazd pociągu tuż przed nosami turystów oraz dlaczego warto uciec przed tłumami i zapuścić się w głąb autentycznego, lokalnego bazaru rybnego. Na koniec dzielę się kompletnym przewodnikiem logistycznym, aktualnymi kosztami oraz rozkładem jazdy, dzięki którym bez problemu powtórzysz tę trasę i zaoszczędzisz na biurach podróży.
Jest ciepły, wilgotny i deszczowy poranek w Bangkoku. Łapię Graba, czyli odpowiednik naszego Ubera i udaję się z hotelu na malutką stację Wongwian Yai.
Miasto w większości jeszcze śpi, chociaż w okolicach przebudowywanych ulic (w związku z budową nowej linii metra) zaczynają powoli tworzyć się korki. Za kilka godzin będzie tutaj totalny armagedon, ale na szczęście ja będę wtedy około 70 kilometrów dalej.
Po dojeździe na stację, która położona jest między budynkami, wokół której rozkładają się różnego rodzaju stoiska z jedzeniem, kupuję bilet na dzisiejszą wycieczkę.
Co prawda pociąg już stoi przy peronie, natomiast do odjazdu mam wystarczająco dużo czasu, by zdążyć porobić kilka zdjęć i wejść do 7-eleven po jakże typowego towarzysza pierwszych tajskich śniadań, czyli tosty. Pierwszych śniadań, bo po kilku dniach nie mogę już patrzyć na to coś.
Po szybkim ,,posiłku” wsiadam do pociągu, zajmuję wolne miejsce i czekam na odjazd do miejsca, które uchodzi za obowiązkowe do zobaczenia podczas pobytu w Bangkoku, ale którego jeszcze nie zdążyłem zobaczyć przez pierwsze dwa wyjazd, a mianowicie targ kolejowy Maeklong.
Większość turystów odwiedza ten targ korzystając z ofert lokalnych biur podróży, często łącząc go z targiem pływającym.
Ja natomiast stwierdziłem, że nie chcę przepłacać i wolę skorzystać ze swoich umiejętności logistycznych samodzielnie jadąc do Maeklong. Poza tym na pływającym targu byłem w 2019 roku (notabene również na własną rękę).
Przez większość czasu pociąg wydostaje się z Bangkoku i otaczającej go ogromnej aglomeracji. Właściwie służy on jako coś rodzaju szybkiej kolei podmiejskiej, chociaż słowo szybkiej to nieco nad wyraz. Niemniej obserwując frekwencję w pociągach, które jechały z naprzeciwka, zdecydowanie widać, że sporo ludzi korzysta z tego pociągu jako dojazd do pracy i szkoły.

Po około godzinnej niewybitnie ciekawej podróży (chociaż na mojej mapie dodałem pewną pineskę z ciekawą świątynią) dotarłem do Samut Sakhon. Chociaż właściwie na tej niezbyt ciekawej trasie zauważyłem pewną świątynie, którą zaznaczyłem sobie pineską i do której będę chciał wrócić.
Wat Sing (bo o niej mowa) to urokliwa, historyczna świątynia buddyjska położona w dzielnicy Chom Thong w Bangkoku. Dokładna data powstania świątyni nie jest znana, jednak styl architektoniczny wyraźnie wskazuje, że została wzniesiona w późnym okresie Ayutthaya (przed powstaniem Bangkoku jako stolicy). Najważniejszym i najbardziej czczonym wizerunkiem w świątyni jest duży posąg Buddy wykonany z czarnego kamienia (lub pokryty ciemną laką), nazywany przez mieszkańców Luang Pho Dam. Wierni przypisują mu moc chronienia okolicy przed powodziami i nieszczęściami.
Reszty nie wiem, nie zdradzę, ale zapewne dam znać, jak się w tej świątyni pojawię. A teraz czas wrócić do głównego wątku.
Samut Sakhon jest to spora miejscowość (liczy około 70tys mieszkańców) w której następuje podwójna przesiadka w podróży do Maeklong. Na szczęście deszczowe chmury zaczynały się rozchodzić i gdzieś tam zaczynało przebijać się słońce.
W miejscowości tej odbywa się też bardzo duży targ rybny. O tym, że on działa przekonałem się po zapachu, jeszcze nim zauważyłem stragany i ogromny ruch wokół nich. Chociaż prawdę mówiąc, gdy widziałem te wszelkie piękne ryby i świeże owoce morza to ślinka mi nie ciekła, ona się lała strumieniami, no bo powiedzmy sobie szczerze, któż z Was chociaż raz w życiu nie chciałby zjeść na śniadanie ogromnych krewetek albo świeżo wyłowionych ryb po uprzednim przygotowaniu na grillu?
Niestety nie miałem czasu na takie smakołyki, bowiem przesiadka w tym mieście jest dość napięta.
Po wyjściu z targu udałem się w stronę przystani, na której wszedłem do swego rodzaju tramwaju wodnego/promu, który przeprawia pieszych, skuterzystów i rowerzystów przez rzekę Tha Chin. Limity nie obowiązują, więc ile pasażerów wejdzie tyle wejdzie, ile skuterów wjedzie tyle wjedzie, byle tylko ruszyć z przystani mniej więcej w tym samym momencie co drugi prom z przystani zlokalizowanej na sąsiednim brzegu…, a jak coś pójdzie nie tak, to żabka czy tam kraul może się przydać.
Ponieważ po przeprawie miałem jeszcze kilkanaście minut do pociągu, postanowiłem jeszcze zajrzeć do niewielkiej, ale całkiem uroczej świątyni, która była widoczna na pierwszej przystani, a mianowicie do Wat Laem Suwannaram.

Jeszcze przed zapowiedzią pociągu można było go usłyszeć, gdy gdzieś daleko w tle rozbrzmiewał sygnał RP1 (a po normalnemu to klakson). To była też oznaka, że należy udać się w kierunku malutkiej stacyjki Ban Laem i kupić bilet na kolejny odcinek przejazdu.
Po wejściu do pociągu zająłem miejsce siedzące i nadszedł moment oczekiwania na gwizdek konduktora i trzykrotne podanie sygnału RP1, które oznacza gotowość do odjazdu.

Tym razem podczas przejazdu krajobraz był ciekawszy, było o wiele więcej natury, a co miejscowość pojawiały się ogromne pola ryżowe.
Im bliżej docelowej miejscowości, tym w pociągu robiło się coraz bardziej tłoczno, ale tym razem nie przez lokalsów, tylko przez turystów, którzy wykupili wycieczkę zorganizowaną z opcją przejazdu pociągiem. Chociaż ten przejazd pociągiem to może nieco naciągane, bowiem dla takich wycieczek trwa on może kwadrans.
Podobną sytuację spotkałem kilka lat temu na Kolei Śmierci, gdzie wycieczki tłumnie atakowali pociąg w Kanchanaburi.
W pewnym momencie pociąg bardzo zwolnił i zaczął intensywnie podawać sygnał baczność (czyli RP1, czyli trąbić). To było nie tylko ostrzeżenie dla handlarzy i turystów by zaczęli chować się w bezpieczne miejsce, ale także dla pasażerów pociągu. W jednym momencie spokojny, wręcz senny klimat przerodził się w ożywienie. Niemal wszyscy pasażerowie (poza nielicznymi lokalsami, którzy nadal smacznie spali) przytulili się do okien wraz z przygotowanymi do akcji aparatami, kamerami i telefonami.
Przyznam szczerze, że na nagraniach w sieci, przejazd ten wygląda wprost absurdalnie, ale żadne zdjęcie, nagranie i opowiadanie nie wyrazi tego jak niski jest margines skrajni w tym miejscu.
Między pociągiem, a budynkiem w niektórych miejscach ledwo mieści się Japończyk i to stojący bokiem. O ewentualnym Amerykaninie nie wspomnę, bo spotkanie go w takim miejscu, to gwarantowane zaklinowanie, być może zakończone wykolejeniem, gdy wspomniany Amerykanin wypuści powietrze i grubość brzucha wróci do normy.
W tej niezachowanej skrajni najciekawsze jest to, że część handlarzy chowa swoje rzeczy niemal pod pociąg i mają w tym takie wyczucie, że nic nie zostaje uszkodzone przez przejeżdżający pociąg.
W końcu dojechaliśmy do stacji Maeklong. W pierwszej kolejności ogarnęło mnie przerażenie, gdy zobaczyłem tłum turystów, którzy niemal się tratowali, by zdążyć dojść na ,,stanowiska” do sfotografowania pociągu, który miał za pół godziny ruszyć w drogę powrotną.
Na szczęście również i w tym miejscu logika tłumu jest taka sama jak w każdym innym miejscu na świecie, czyli jak już jeden się ustawi, to cała reszta wybiera sobie taką miejscówkę. Ja z tego skorzystałem, bo postanowiłem wejść w głąb targu… chociaż miało to swoje konsekwencje, a mianowicie okazało się, że większość miejscówek wgłębi targu to teren knajpek lub stoisk. Zatem musiałem coś kupić, żeby móc stać w takim miejscu. Aczkolwiek byłem pozytywnie zaskoczony, bowiem w knajpce, w której się zatrzymałem nie tylko dostałem bardzo dobry, świeżo wyciskany sok, ale również vył on za bardzo akceptowalną cenę.
Przez cały czas, gdy raczyłem się napojem bezalkoholowym, czuć było pewne napięcie, nie tylko ze strony turystów, ale także samych sprzedawców. W pewnym momencie dało się usłyszeć dźwięk, na który wszyscy zgromadzeni parafianie czekali, a mianowicie dzwony sygnał, który był zapowiedzią odjazdu pociągu. W tym samym momencie stragany zaczęły się zwijać, a turyści zaczęli dostawać małpiego rozumu.
Jeszcze przed przejazdem pociągu nastąpiło sprawdzenie czy wszyscy turyści są w skrajni i wtem ukazał się on. Piękna maszyna, która jest pokłosiem wynalazku Richarda Trevithicka, George Stephensona i Gottlieb Daimlera, czyli pociąg.
Tak gwoli ścisłości, Trevithick skonstruował pierwszą działającą lokomotywę parową, Stephenson zbudował parowóz, który pociągnął pierwszy publiczny pociąg pasażerski, a Gottlieb skonstruował pierwszą lokomotywę spalinową (w Tajlandii trakcja spalinowa dominuje na sieci kolejowej. Tylko przy Bangkoku można spotkać trakcję elektryczną na kolei podmiejskiej).
A wracając do targu. Przejazd przez targ pociągiem to, jak już wspomniałem było bardzo ciekawe przeżycie, natomiast stanie w miejscu, w którym w Polsce przegoniłby nas SOK to zupełnie inne odczucie. To nawet nie jest kwestia, że pociąg jest na wyciągnięcie ręki. Ten pociąg jest wręcz na wyciągnięcie małego palca u dłoni. Dosłownie czujesz, jak wibruje jego obudowa przy silniku i czujesz zapach spalin starego dieslowskiego silnika.
Gdy pociąg przejechał ludzie zaczęli dostawać podwójnego małpiego rozumu, bowiem zaczęli szukać swoich grup, z którymi przejechali i zrobił się z tego nie tylko Sajgon, ale i jeden wielki korek ludzi i samochodów.
Na szczęście mnie się nigdzie nie spieszyło i szybko odskoczyłem na bok, udając się w stronę Wat Phet Samut Worawihan. Jest to najważniejsza, najświętsza i zarazem najbardziej fascynująca świątynia buddyjska w prowincji Samut Songkhram w Tajlandii.
Świątynia powstała jeszcze w okresie Ayutthaya (za panowania króla Prasat Thonga) i pierwotnie nosiła nazwę Wat Si Champa. Jej historia zmieniła się diametralnie w 1764 roku, kiedy wojska birmańskie zaatakowały pobliską prowincję Phetchaburi. Uciekający przed wojną rybacy i mieszkańcy wioski Ban Laem przenieśli się w rejon Maeklong i osiedlili tuż obok świątyni. Pomogli ją odbudować i na pamiątkę swoich rodzinnych stron zmienili jej nazwę na Wat Ban Laem. Dopiero później zyskała ona status świątyni królewskiej i obecną, oficjalną nazwę.

I choć jak sami mogliście przeczytać, historia tej świątyni jest dość ciekawa, to w mojej opinii ta świątynia nie jest jakoś specjalnie interesująca.
Za to ciekawą rzecz znalazłem w innym miejscu, bowiem tuż przy targu kolejowym wyświetlił mi się na mapach ,,Fresh Market”, czyli coś rodzaju placu handlowego.
Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony, bowiem zakładałem, że znów trzeba przebić się przy targu kolejowym przez tłum robiących zamieszanie Chińczyków, pijanych Brytoli, roszczeniowych Rusków i innych, niekoniecznie ogarniętych nacji, ale… Ich tam nie było, w zasadzie prawie nikogo tam nie było i żeby było ciekawej, części stoisk również już nie było, mimo, że to był środek dnia.
W takiej sytuacji postanowiłem przejść się jeszcze raz przez całą długość targu i porobić zdjęcia w sprzyjających warunkach przyrody i okazała się bardzo ciekawa rzecz.
Mianowicie wszystko wskazuje na to, że część kolejowego targu jest otwarta wyłącznie w godzinach szczytu, za które prawdopodobnie uchodzą te, gdy przyjeżdża pociąg, którym przyjechałem z Bangkoku i po pół godzinie wraca do stolicy Tajlandii.
Niemal żadna wycieczka nie zatrzymuje się w tym miejscu na dłużej przez co nie tylko targ, ale i samo miasteczko nabiera zupełnie innego klimatu poza tymi godzinami szczytu.
To, że część knajp i stoisk się wtedy zamyka to jedno, ale jakby mało było tego, to część stoisk pozostaje otwarta, ale ma zmienione ceny, w niektórych przypadkach o połowę, co oczywiście wykorzystałem w celach wejścia w posiadanie całkiem ładnych pamiątek.
Gdy spacer po targu kolejowym dobiegł końca, skręciłem między stoiska i znalazłem się w zupełnie innym świecie.
Moje nozdrza bardzo szybko wypełniły się zapachem ryb i owoców morza. Było już jasne, że zmierzam w dobrym kierunku, jakim jest ,,Fresh Market”. I faktycznie chwilę później zbierałem szczękę z brudnej podłogi, gdy zobaczyłem ilości smakowitości na stoiskach. Gdy tak te smakowitości uśmiechały się do mnie i gdy widziałem te ceny to nie tylko zaczynało mi burczeć w brzuchu, ale także zaczynałem żałować, że nie mam żadnej możliwości przyrządzenia takich smakowitości (a co gorsza sprzedawcy też takowej nie mieli).
Swoją drogą miałem wrażenie, że pomimo, że ten targ sąsiaduje z targiem kolejowym, a właściwie jest dosłownie na jego tyłach to, że raczej turyści się tutaj nie zapuszczają, bowiem lokalsi byli widocznie zadziwieni moją obecnością.
A ponieważ byłem głodny, to zacząłem szukać czegoś do jedzenia i tutaj jest spory mankament tej miejscowości. Okazuje się bowiem, że wcale nie łatwo znaleźć jakąś knajpkę i żeby była jasność, ja nie oczekuję restauracji, ja potrzebuję zjeść gdzieś, gdzie widzę, że siedzą lokalsi, albo że knajpka ma dobre opinie na google i dobre ceny.
Gdy w końcu zjadłem obiad udałem się jeszcze do jednego punktu, a mianowicie na deptak nad rzeką. Jest tam opcja zrobienia kilku ciekawych ujęć, natomiast interesujące ,,atrakcje” były już zbyt daleko, żeby zdążyć obrócić.
Spacerując promenadą ponownie usłyszałem doskonale mi znany dźwięk, który oznaczał, że pociąg zbliża się do Maeklong. Wróciłem na dworzec i kupiłem bilet, a po kilku minutach siedziałem już w pociągu, oczekując na odjazd.
Dosłownie na dwie minuty przed odjazdem Maeklong się zamykał. Wszystkie restauracje przy dworcu, kawiarnie, stoiska na targu powoli zaczynały szykować się do zamknięcia interesu w ten dzień.
Między innymi przez to ponowny przejazd przez targ nie robił już takiego wrażenia, bowiem praktycznie nikogo na nim nie było.
Zmęczony całym dniem nawet nie wiedziałem, kiedy uciąłem drzemkę. Obudziłem się właściwie tuż przed Ban Laem.
Szybko przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki, bowiem miałem znikomą, ale jednak nadzieję, że jeszcze będzie chociaż jedno stoisko z porannego targu, albo że zmieni się on w coś rodzaju street-food-a, ale niestety tak nie było.
Nie pozostało nic innego, jak ponowne ratowanie się jedzeniem z 7eleven, ale że to był dopiero początek wyjazdu to właściwie nie miałem nic przeciwko temu, a zwłaszcza, że od poprzedniej wizytacji w Tajlandii minęło pięć lat, w tym dwa lata nietoperzowe marnej pamięci.
Niestety powrót do Bangkoku odbywał się już po ciemku i w ulewie, zatem tym razem mogłem zapomnieć o jakiś ciekawszych widokach, za to żółwika zbiłem z kilkoma komarami, po czym pozwoliłem sobie na ich egzekucję, no i standardowo drzemka też się zdarzyła.
Po powrocie do Wongwian Yai zrobiłem najlepszą możliwą rzecz, czyli złapałem Graba, wróciłem do hotelu i reszty wieczoru przed snem nie pamiętam.

Zrób to sam!
A teraz część praktyczna artykułu, dla osób, które chciałby przeżyć taki sam dzień jak ja.
- Dojazd do Wongwian Yai z centrum Bangkoku najlepiej odbyć Grabem. Ceny są różne w zależności od wielu czynników. Pamiętajcie o tym, że z samego rana łapanie Graba jest znacznie trudniejsze, więc jakby aplikacja zbyt długo mieliła, to można próbować złapać zwykłą taksówkę, tylko już na wstępie zwróćcie uwagę taksówkarzowi, że musi włączyć taksometr. Weźcie też sobie większy zapas czasu, bowiem korki są spore, a już zwłaszcza w okolicy Wongwain Yai, gdzie budowana jest nowa linia metra (która notabene mocno ułatwi logistykę dla turystów w Bangkoku).
- Przejazd pociągiem: Stacja Wongwian Yai (Bangkok) – Stacja Maha Chai (Samut Sakhon). Czas jazdy: ok. 1 godzina. Koszt 10THB (około 1,20PLN)
- Przeprawa na drugi brzeg rzeki Tha Chin do przystani Tha Chalom. Czas 5min (nie licząc dojścia do przystani i na drugą stację oraz oczekiwania, natomiast generalnie idąc normalnym tempem bez problemu zdąży się na następny pociąg). Koszt 3THB
- Przejazd pociągiem: Stacja Ban Laem – Stacja docelowa Maeklong. Czas jazdy: ok. 1,5 godziny. Koszt 10THB
Powrót tak samo. Całkowity koszt wycieczki w obie strony to 46THB (nie licząc dojazdu do Wongwian Yai oraz wydatków na miejscu). Bilety kupicie na stacjach lub w pociągach.
Poniżej wstawiam również tablicę odjazdów (poranne w tamtą stronę i popołudniowe na powrót) ważną na dzień 13.06.2026. Nie zapomnijcie zweryfikować jej przed Waszą wycieczką.
| Rozkład jazdy pociągów Wong Yai – Maha Chai – Mae Klong | ||||
| Stacja | Odjazd | Stacja | Przyjazd | Numer pociągu |
| Wongwian Yai | 05:30 | Maha Chai | 06:23 | 4303 |
| 06:25 | 07:27 | 4311 | ||
| 07:00 | 07:58 | 4321 | ||
| 07:40 | 08:39 | 4341 | ||
| 08:35 | 09:28 | 4305 | ||
| Przeprawa przez rzekę | ||||
| Ban Laem | 07:30 | Mae Klong | 08:30 | 4381 |
| 10:10 | 11:10 | 4383 | ||
| Rozkład jazdy pociągów Mae Klong – Maha Chai – Wong Yai | ||||
| Mae Klong | 11:30 | Ban Laem | 12:30 | 4384 |
| 15:30 | 16:30 | 4386 | ||
| Przeprawa przez rzekę | ||||
| Maha Chai | 13:15 | Wongwian Yai | 14:14 | 4324 |
| 14:25 | 15:19 | 4316 | ||
| 15:25 | 16:20 | 4306 | ||
| 16:00 | 16:56 | 4326 | ||
| 16:30 | 17:29 | 4344 | ||
| 17:35 | 18:26 | 4308 | ||
| 18:10 | 19:02 | 4328 | ||
| 19:00 | 20:00 | 4346 | ||
Samodzielna wyprawa na Maeklong Railway Market to bez wątpienia wycieczka z przygodami. Bywa chaotycznie, pachnie rybami, czasem trzeba uciąć drzemkę w ulewie, a wieczorem zjeść legendarnego tosta z 7-Eleven zamiast wystawnej kolacji. Ale to właśnie w tych momentach – na lokalnym promie bez limitu pasażerów czy we „Fresh Markecie”, gdzie lokalsi dziwią się na twój widok – ukryta jest prawdziwa Tajlandia. Tajlandia, której nigdy nie zobaczysz z okien klimatyzowanego busa wycieczki zorganizowanej.



















