W drugiej części relacji zwiedzimy niezbyt popularne wśród turystów Phan Thiet, odwiedzimy jedyną pustynię w Azji Południowo-Wschodniej, a następnie wrócimy do Ho Chi Minh, by udać się w podróż pociągiem w długą podróż na północ Wietnamu, do Ninh Binh, gdzie pierwszy raz w życiu wsiądę na skuter.
Dzień 7 – Business Class w autokarze i pierwszy Hot Pot.
Kolejny poranek zaczęliśmy od przejazdu na przystanek autokaru, który miał nas zawieźć do Phan Thiet. Jak wcześniej wspomniałem czas w Wietnamie to pojęcie względne i odjazd został przełożony o godzinę, z powodu… braku korków. No dobra, można i tak.
Gdy autokar już przyjechał i weszliśmy, przeżyłem lekki szok. Autokar był wyposażony w siedzenia, które miałem wrażenie, jakby były żywcem wyjęte z klasy Business jakieś linii lotniczej.
Fotele pozwalały rozłożyć się praktycznie do pozycji leżącej. Do tego telewizorek, umieszczony w obudowie poprzedzającego fotela… chociaż akurat w tym telewizorku nie było nic ciekawego, ale można podłączyć się przez USB, także pewnie swój film dałoby się jakoś obejrzeć.

Podróż faktycznie trwała krócej niż było to zaplanowane, ale dla nas to nawet było lepiej.
Po zameldowaniu ruszyliśmy na spacer po Phan Thiet oraz w poszukiwaniu jedzenia.
Już od początku było widać, że nie jest to miejscowość turystyczna, to znaczy może i jest, ale nie ta część miejscowości, a tym bardziej nie na początku listopada. Sporym problemem okazał się fakt, że skoro nie ma tutaj turystów i jest dość wczesna pora, to i większość knajp jest zamknięta. Ostatecznie udało znaleźć się niewielki lokal. Obsługa była jeszcze bardziej zaskoczona naszą obecnością niż ta z dnia poprzedniego.
W lokalu okazało się, że podawany jest tylko Hot Pot, czyli wietnamski klasyk. Na środek stołu podaje się wywar, wokół niego surowe mięso i dodatki. Jest do danie dla kilku osób i każdy sam powinien sobie ugotować to na co ma ochotę. No i tutaj zaczęły się schodki, bo nikt z nas nigdy nie jadł nic w tym stylu, natomiast przeuprzejmy właściciel knajpki pomógł nam w tym wyzwaniu.
Jedzenie było abstrakcyjnie przepyszne, po przeliczeniu na osobę ponownie śmiesznie tanie, a po wyjściu z knajpy ledwo byłem w stanie wrócić do hotelu, tak byłem najedzony.
Natomiast jeszcze będąc w knajpie zauważyliśmy, że chyba będziemy uchodzić za atrakcję dla lokasów. Właściciel lokalu był tak zachwycony naszą obecnością, że robił nam zdjęcia. Nie zdziwię się, jeżeli trafiliśmy gdzieś na Social Media albo jeżeli je wywołał i wrzucił do jakiegoś rodzinnego albumu.

Po powrocie do hotelu miałem rozliczyć się za pobyt w nim, niestety terminal odmawiał posłuszeństwa, więc przesunęliśmy płatność na kolejny dzień. Następnie wraz z Werką podjęliśmy decyzję, że po chwili odpoczynku, czas zrobić coś co reszta grupy zrobiła od razu po jedzeniu, czyli przejść się do sklepu.
Było już po zmroku i dopiero wtedy zauważyliśmy, ile pyszności do jedzenia nas tutaj czeka. Ślinka ciekła na sam widok, ale o tym później. Niestety dość słabo wyglądała kwestia psów, których było tutaj dość sporo, część dość obojętnych na nasz widok, ale część zachowująca się dość dziwnie. Jak się później okazało generalnie spacery po Phan Thiet będą obfitować w różne spotkania z psami, część tych spotkań były mało przyjemne, natomiast na szczęście, nigdy nie doszło do bezpośredniego ataku, bardziej to były spotkania, podczas których pies do nas doskoczył, ale właściciele psów uspakajali sytuację.
Sam sklep, a właściwie galeria handlowa była podzielona na kilka pięter. Na parterze były knajpy z jedzeniem, na kolejnym piętrze było dosłownie wszystko i nic. Kolejne piętro to była ,,chemiczna” część, a jeszcze na kolejnym była spożywcza część supermarketu.
Ceny były abstrakcyjnie niskie, aż kusiło kupić kolejną walizkę na powrót i nakupić tutejszych ciuchów, perfum i przekąsek. Chociaż z tym ostatnim to też tak nie do końca było. Mam wrażenie, że w Wietnamie jest znacznie mniej słodkich przekąsek niż chociażby Tajlandii. Jak już są to raczej importowane z innych części świata. Kinder Niespodzianka czy Ferrero Rocher uchodzą za produkty luksusowe, do tego stopnia, że są zabezpieczane w opakowania antykradzieżowe. Musicie uwierzyć mi na słowo, niestety nie wiem czemu tego nie sfotografowałem.
Po zakupach wróciliśmy taksówką do hotelu. Koło hotelu kupiliśmy wodę kokosową, robiąc oczywiście przy tym niezłe zamieszanie na lokalnych stoiskach. W końcu, gdy się ogarnęliśmy w hotelu, wróciliśmy do naszych standardowych czynności nawadniających organizm.
Dzień 8 – Plażing i owoce morza.
Ósmy dzień podróży zacząłem z Werką od strategicznego błędu. Mianowicie postanowiliśmy nie kupować śniadania w hotelu, tylko zjeść coś na mieście. Nie pomyśleliśmy tylko o jednym istotnym fakcie, o którym pisałem już wcześniej, czyli o tym, że Phan Thiet nie jest miejscowością turystyczną, a ponieważ było około 10 rano, to znalezienie otwartej knajpki było nie małym wyzwaniem. Uprzedzam pytania, street food o tej porze również nie istnieje w tej miejscowości.
Na tej dość głupiej decyzji straciliśmy około pół godziny. Ostatecznie udało się znaleźć coś na rodzaj grilla. Nie wiem czy z samego rana to rozsądny wybór, ale no innego nie mieliśmy.
Po śniadaniu byliśmy umówieni z pozostałą ekipą, że idziemy na którąś z pobliskich plaż, które były dość dobrze oceniane na Google, zdjęcia wyglądały naprawdę atrakcyjnie. Niestety rzeczywistość z jaką zderzyliśmy się była zgoła inna.
Plaża, którą wybrałem z Werką w zasadzie nie istniała. Były na niej głębokie wykopy, ciężki sprzęt budowlany, no i dojście do niej też prawie zakończyło się atakiem psa.
Z kolei na plaży, na którą poszła pozostała część ekipy leżała sobie… martwa świnia i ogólnie dość kiepsko to zaczęło wyglądać.
Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że łapiemy autobus, który jedzie wzdłuż wybrzeża i tym samym poszukamy czegoś ciekawszego. I o ile co prawda miałem pewne miejsce na oku, o tyle kierowca (po uprzednim pobraniu podwójnej opłaty) zawiózł nas nieco dalej, na płatną plażę.

Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że woda w morzu Południowo-chińskim jest bardzo ciepła, mieliśmy wrażenie jakbyśmy się kąpali w wannie z gorącą wodą, co i tak dawało solidne orzeźwienie przy upale jaki panował. Tego dnia morze również nieco falowało, także mogliśmy nieco poskakać po falach. Co prawda nie były to trzy metrowe fale, na jakich skakałem kiedyś na Korsyce, no ale zawsze jakąś frajdę to dawało.
Podczas gdy my uprawialiśmy plażing, na plażę dojechała również jakaś wycieczka, prawdopodobnie z chińską młodzieżą, co spowodowało niezły harmider, ale z drugiej strony wraz z wycieczką, lokalsi zaczęli robić jakieś ciekawe smakołyki. Spróbowaliśmy jednego z tych smakołyków. W sumie nie wiem do końca co to było, wyglądało jak krewetka obtoczona w galaretce… Tylko czym owa galaretka była, tego nie wiem. Ale maczane w sosie chilli i posypane prażoną cebulką było to naprawdę świetne.
Gdy wróciliśmy do hotelu załatwiliśmy sprawy formalne z dnia poprzedniego, czyli płatność za pobyt, udaliśmy się na już bardziej konkretny posiłek.
Znaleźliśmy na Google całkiem dobrze oceniany lokal, który serwował owoce morza, czyli coś z czego słynie cały Wietnam, ale w szczególności wyróżnia się Phan Thiet. I faktycznie nigdzie w Wietnamie, albo nawet więcej nigdzie na Świecie nie jadłem tak pysznych owoców morza.
Standardowo w knajpie zrobiliśmy lekkie poruszenie, jako że raczej Europejczycy do niej nie zaglądają, ponownie pojawił się problem z barierą językową i jak zwykle Translator wyłożył się na tłumaczeniu menu.
Natomiast nieco mniej standardowo okazało się, że w knajpce tej pracuje pewna przemiła Pani, która trochę za pomocą translatora, trochę za pomocą obrazków wytłumaczyła nam czym jest co w menu.
Tym razem postanowiliśmy nie zamawiać każdy dania dla siebie, tylko kilka różnych dań, tak by każdy mógł popróbować różnych smakołyków. I tak na stole wylądowały ośmiorniczki, kałamarnice, krewetki, małże i oczywiście piwo.
Jak wcześniej wspomniałem jedzenie było absolutnie niesamowicie przepyszne i już wiedzieliśmy, że kolejnego dnia również będziemy się tutaj stołować.

Przed powrotem do hotelu podeszliśmy jeszcze po soki, w to samo miejsce co dzień wcześniej kupowaliśmy wodę kokosową.
Oprócz soków było tam również stoisko z ciekawie przygotowywanymi omletami, a właściwie takimi mini omlecikami, do których dodawali kiełki fasoli Mung oraz krewetki. Kolejna jedzeniowa petarda. Standardowo zrobiliśmy tam małą sensację, że przyszliśmy.

Dzień 9 – Jedyna pustynia w Azji Południowo-Wschodniej
Pustynia? Ale jak to pustynia w Wietnamie? Ano tak to. W okolicy Phan Thiet znajduje się jedyna w tej części Azji pustynia. Jest ona niewielka, ale jest.
Dziewiątego dnia podróży, po doświadczeniach z poprzedniego dnia postanowiliśmy wykupić zorganizowaną wycieczkę na wspomnianą pustynię.
Ku mojemu zaskoczeniu tym razem wycieczka nie tylko nie opóźniła się, ale już podczas śniadania dwa Jeepy czekały na nas, czyli było to blisko godzinę przed tym co zaznaczyłem w formularzu. Całkiem miła odmiana.
Wycieczka składała się z kilku etapów. W pierwszej kolejności pojechaliśmy na Białą Pustynię, na której zjawiliśmy się około godzinę po wyjeździe z hotelu.
Mieliśmy kilka opcji zwiedzania pustyni. Pieszo, wypożyczonym Quadem lub Quadem z kierowcą. Wybraliśmy tą trzecią opcję, nie tylko ze względu na koszty i więcej czasu (to znaczy był on w tej opcji nieograniczony), ale również ze względu na fakt, że większość osób nigdy quadem nie jeździła i wysokie wydmy nie są najlepszym miejscem na rozpoczęcie przygody z tymi pojazdami.
Na początku wjechaliśmy na najwyższą wydmę w okolicy, z której było widać ciekawe połączenie. Z jednej strony zieleń, w oddali widać morze, a z drugiej strony pustynia.
Generalnie sama wizyta na Białej Pustyni nie była bardzo długa, ale bardzo mi się tam podobało. Mogłem tam poczuć znany mi, ale jakże nietypowy dla tamtej części świata pustynny klimat. No i Ci kierowcy quadów, czego oni nie odwalali na tych pojazdach to głowa mała. Przypływ adrealinki z rana lepszy niż dobra kawa.
Kolejnym punktem naszej wycieczki była Czerwona Pustynia w Mui Ne, a właściwie bardziej kilka niskich wydm niż pustynia. Spacer po wydmach nie zajmował zbyt wiele czasu, ale trochę podejście pod górkę w tym piachu męczyło. Po zrobieniu kolejnej serii zdjęć, zaczęliśmy schodzić w dół. Można też było wypożyczyć coś podobnego do deski i na tym zjechać, ale przewodnik ostrzegał nas przed tymi uprzejmymi osobami, które wypożyczają sprzęt, że rzekomo oszukują turystów.
Ostatnim punktem wycieczki był kanion, ale zanim do niego dojechaliśmy zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym na wioskę rybacką. Jest to miejsce, z którego robi się przepiękne zdjęcia do katalogów turystycznych, ale robi się je wyłącznie pod odpowiednim kątem, z odpowiednim wykadrowaniem i przy ładnej pogodzie. Można powiedzieć, że mi to się udało. Ale wybaczcie, nie będę obdarowywać Was niewykadrowanym ujęciem, bo jest ono co najmniej niesmaczne.

Po dojeździe do kanionu zmieniliśmy obuwie na takie, które nadaje się do chodzenia w wodzie i niewielkim strumykiem udaliśmy się w górę. Strumyk był zadziwiająco czysty jak na standardy azjatyckie, dość płytki i dawał wspaniałe orzeźwienie.
Wkrótce doszliśmy do miejsca, gdzie zaczynały się przepiękne formacje, ale myślę, że najlepiej to wszystko oddadzą zdjęcia.
Niestety nie udało nam się dojść do końca kanionu, gdzie podobno jest mały wodospad, co wynikało z faktu, że czas nas wtedy już bardzo gonił
Wieczorem wyszliśmy z częścią ekipy na kolację, ponownie do tej knajpki co dzień wcześniej.
Tym razem również weszły krewetki, małże, kałamarnice, ośmiorniczki, ale również skusiliśmy się na ślimaki. No ale ta pozycja jakoś tak nie przypadła mi do gustu, to znaczy chodzi o samą konsystencje tego dania.
Przed wyjściem z knajpki, poprosiłem również o krewetki na wynos, dla Werki, która wolała zostać w hotelu. I wtedy miałem przyjemność pogadać z właścicielem lokalu, oczywiście przy pomocy Translatora. Pogadaliśmy tak na ogólne tematy, skąd jesteśmy, jak znaleźliśmy jego lokal, czy nam smakowało. Żeby było milej, postanowiłem na jego oczach wystawić knajpce najwyższą możliwą ocenę na Google. Na koniec wymieniliśmy się kontaktami na Facebooku, także naprawdę niesamowicie przyjemnie się zrobiło.
Gdy wróciliśmy do hotelu nie pozostało nam nic innego do zrobienia jak spakowanie się, bowiem następnego dnia wracaliśmy do Ho Chi Minh City i następnie ruszyliśmy na północ Wietnamu.
Dzień 10 i 11 – Powrót do Sajgonu i przejazd do Ninh Binh.
Kolejny poranek przywitaliśmy śniadaniem w hotelu. Tego dnia mieliśmy zacząć długą podróż na północ Wietnamu.
Z hotelu odebrał nas mały busik, którym przewoźnik zgarniał pasażerów na dworzec autokarowy w Phan Thiet, gdzie następowała przesiadka na autokar. Tym razem wybraliśmy klasyczny wietnamski autokar. Przy czym klasyczny nie znaczy tego samego, co w Polsce. Musicie bowiem wiedzieć, że klasyczne autokary, które przemieszczają się po Wietnamie, to tzw ,,sleepery”. Wewnątrz nie znajdziemy foteli, tylko piętrowe leżanki. Opcja bardzo wygodna, aczkolwiek dla osób szerszych przejście przez korytarz i wejście do leżanki nie należy do najłatwiejszych. Minusem jest również brak toalety.

Po dojeździe do centrum Ho Chi Minh City, złapaliśmy Graba i przejechaliśmy na stację kolejową, gdzie zostawiliśmy bagaże.
Ponownie złapaliśmy Graba i chcieliśmy pojechać do świątyni, która dość ciekawie wyglądała na Google. Na miejscu okazało się, że… nie ma żadnej świątyni. Postanowiliśmy zatem przeanalizować ,,co się stanęło się” i szybko zauważyliśmy, że kierowca Graba kilka dni wcześniej nie zabrał nas do przypadkowej świątyni, tylko właśnie do tej do której chcieliśmy się dzisiaj dostać. W skrócie, ktoś zrobił nas w konia i świątynia była w innym miejscu. Na domiar złego zaczęło solidnie lać. Postanowiliśmy przetransportować się do pobliskiej galerii handlowej i tam rozdzielić, by po kilku godzinach spotkać się na stacji kolejowej.
Z Werką trochę się pokręciliśmy po galerii, a następnie wróciliśmy na dworzec, gdzie skosztowaliśmy tamtejszego odpowiednika KFC. Prawdę mówiąc to była naprawdę smaczna opcja. Kawałki kurczaków były solidne, frytki też całkiem smaczne. Niestety nie ma opcji pikantnej panierki, ale za to jest dystrybutor sosu sweet-chilli, którego można używać bez limitu.

W końcu nadszedł moment, w którym został ogłoszony boarding na pokład pociągu.
Pociąg, którym jechaliśmy składał się głównie z wagonów kuszetek sześcio i czteroosobowych. Był też wagon z miejscami do siedzenia dla osób, które przemierzają krótsze dystanse.
My wybraliśmy dwa przedziały czteroosobowe, które zapewniały nam całkowitą prywatność. Co prawda istniało pewne ryzyko, że do ,,męskiego” przedziału ktoś się dosiądzie, natomiast na szczęście tak się nie stało.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów linii ciągnie się wzdłuż ciasnych zabudowań Ho Chi Minh City. Jak się bowiem okazuje słynna uliczka kolejowa w Hanoi nie jest jedynym takim miejscem w Wietnamie. Po wyjeździe z ogromnej aglomeracji otaczającej Ho Chi Minh City zaintrygowała mnie pewna rzecz. Mianowicie w pewnej odległości od linii kolejowej zauważyłem dość solidnie oświetlone pola. Po szybkiej weryfikacji u wujka Google, okazało się, że były to plantacje Smoczego Owocu, które to były oświetlone w celu szybszego dojrzewania owoców.
Jak zawsze przy tak długiej podróży pociągiem, a już tym bardziej w tak ,,egzotycznych” warunkach nie mogło obyć się bez wizyty w wagonie barowym. Nie oferowali w nim niemal żadnych posiłków, jedynie przekąski i o pewnych godzinach pojawiały się niezbyt wyszukane ciepłe posiłki, które można było kupić z wózka. Było za to piwo i dla nas ten fakt był w pełni satysfakcjonujący. Atmosfera w tym wagonie była bardzo specyficzna. Siedziała w nim spora część załogi, która to kompletnie na luzie, nie przejmując się innymi, jeszcze bardziej wyluzowanymi pasażerami, grała sobie w pokera. Jedynie co to odchodzili na chwilę od gry, gdy zbliżała się stacja lub któremuś z pasażerów zabrakło piwa.
O poranku obudził mnie Mateusz, który za wszelką cenę próbował mnie wywlec z leżanki bym coś zobaczył. Po wyjściu z przedziału zauważyłem widok, którego chyba nigdy nie zapomnę. Jechaliśmy linią położoną na skraju klifu, pod nami była jakaś zatoka, a na horyzoncie odbywał się przepiękny spektakl, zwany dalej wschodem słońca.

Po przepięknym wschodzie słońca nie pozostało mi nic innego jak powrót do przedziału i ponowne ucięcie komara. Po paru godzinach nadszedł czas na śniadanie, które tym razem przybrało formę nuddle, zresztą naprawdę przepysznych.
Kolejne godziny podróży mijały leniwie i spokojnie, podziwialiśmy wietnamskie krajobrazy, popijaliśmy piwko, spacerowaliśmy po pociągu i cieszyliśmy się, że może i pociąg nie jedzie szybko (prędkość maksymalna na linii Ho Chi Minh City – Hanoi wynosi zaledwie 60km/h, a na wielu odcinkach pociąg i tak jedzie znacznie wolniej), ale za to daje możliwość obserwowania codziennego życia w Wietnamie. Na uwagę zasługuje fakt, że wagony mają bardzo mocną klimatyzację, która to bez problemów radziła sobie z temperaturą zewnętrzną niemal 50 stopni Celsjusza. Chociaż fakt faktem, że w nocy klimatyzacja ta dawała mocno w kość, zwłaszcza tym, którzy spali na drugim poziomie.
Popołudniu dojechaliśmy do miejscowości Da Nang. Jest to jedyna miejscowość, gdzie pociąg ma dłuższy postój, który wynika z konieczności wykonania oblotu składu. Ku mojemu (nie)zdziwieniu, zaraz pociąg został niemal zaatakowany przez sprzedawców przeróżnych artykułów, mniej lub bardziej potrzebnych oraz jedzenia. My również postanowiliśmy wykorzystać chwilę przerwy w bujaniu pociągu i zjedzeniu kolejnych nuddle, tym bardziej, że zaraz po odjeździe pociągu z Da Nang zaczęła się linia kolejowa o której przejeździe marzyłem od wielu lat.
Po wyjeździe z miasta linia zaczyna piąć się w górę po licznych łukach. Celem wspinaczki jest przełęcz Hai Van. Następnie linia wije się na wysokich wąskich klifach. Widoki, które można zobaczyć z okna sprawiają, że jest to jeden z najpiękniejszych odcinków linii kolejowych na świecie.
Na tym odcinku trochę brakowało wagonu, w którym można by było otworzyć okno i wygodnie robić zdjęcia. Co prawda w korytarzach okna były otwierane, natomiast drużyna konduktorska prosiła o ich zamykanie w związku z działającą klimatyzacją. Jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji były wagony, w których były otwierane malutkie okienka w drzwiach wagonów.
Po przejeździe tego zachwycającego odcinka wróciliśmy do przedziału. Wkrótce później nadszedł zmierzch, a wraz z nim ulewne deszcze, które przypomniały mi dlaczego odpuściliśmy zwiedzanie środkowej części Wietnamu. Listopad jest najbardziej deszczowym miesiącem w tej części Azji. Średni miesięczny opad w listopadzie jest znacznie większy niż średni opad deszczu w Polsce w ciągu całego roku.
Dzień 12 – Ninh Binh.
Do Ninh Binh przyjechaliśmy wcześnie rano, kilka minut przed czasem, co prawdę mówiąc bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, zwłaszcza, że tak jak wcześniej wspomniałem czas w Wietnamie jest pojęciem względnym, a tymczasem pociąg przez 33h jazdy nie łapał żadnych opóźnień.
Na dworcu skończyliśmy ogarniać bagaże i siebie samych, a następnie ruszyliśmy taksówką do hotelu, który jak się okazało był nieco na uboczu miasta. Na plus super lokalizacja wypadowa poza miasto (czyli tam, gdzie są najważniejsze atrakcje) oraz cisza. Na minus niemal brak sklepów i knajpek w najbliższej okolicy. Zgodnie z wiadomościami, które wymieniałem wcześniej z właścicielami hotelu mogliśmy zostawić bagaże, po to by pójść na zwiedzanie miasta.
No dobra z tym zwiedzaniem to może nieco się zapędziłem. W mieście nie ma nic specjalnego do zwiedzania może poza jednym wyjątkiem, o czym za chwilę. W pierwszej kolejności weszliśmy na chwilę do kawiarni.
Po chwili posiedzenia udaliśmy się do centrum, o ile można to tak nazwać.
Znajduje się tam kompleks świątynny Kỳ Lân, co w języku wietnamskim oznacza jednorożca. Jest to jeden z czterech mitycznych zwierząt w kulturze duchowej Wietnamu. Symbolizuje pokój, bogactwo, szczęście, inteligencje i dobroć. Nieco różni się od obrazu z jakim nam się kojarzy, mianowicie według wierzeń jest to stworzenie złożone z konia, bawoła i smoka.
Na terenie kompleksu znajduje się wzgórze, które rzekomo przypomina głowę jednorożca. Wewnątrz wzgórza jest 5 jaskiń, a na szczycie kapliczka z punktem widokowym.
Dla osób, którym nie chce się wspinać po schodach czeka kilka kapliczek, kawiarnia, ciekawe murale oraz dwie przepiękne pagody. Ściany tych świątyń od dołu do samego czubka zdobione są płaskorzeźbami wykonanymi z indonezyjskiego kamienia wulkanicznego. Jak byłem już w wielu świątyniach buddyjskich tak czegoś podobnego nigdy nie widziałem.
Po zwiedzeniu świątyni udaliśmy się na śniadanko. Tym razem wybór padł na Banh Mi, czyli wietnamski, śniadaniowy klasyk. Podstawą dania jest bagietka, mięso lub tofu, kolendra, kiełki fasoli mung i nieco sosu chilli. Pozostała część dania zależy od kreatywności. Jedliśmy Banh Mi w wielu miejscach w Wietnamie, natomiast w Ninh Binh trafiliśmy moim zdaniem na najsmaczniejsze.
Pojedzeni udaliśmy się na dalszy spacer po mieście. Zobaczyliśmy między innymi lokalny targ i Park Thuy Son, który raczej lata świetności miał już dawno za sobą.
Tak nam czas jakoś zleciał, że mogliśmy powoli myśleć o zameldowaniu w hotelu. Poszliśmy zatem do sklepu kupić parę rzeczy, a następnie złapaliśmy taksówkę do hotelu.

Hotel, w którym spaliśmy nosił dumną nazwę ,,Premier Hotel” i faktycznie standard był całkiem wysoki jak na cenę, którą upolowaliśmy. Plan bowiem zakładał, że śpimy w zupełnie innym miejscu, ale jadąc pociągiem wyskoczyła mi oferta promocyjna, z której szkoda było nie skorzystać. Aczkolwiek dobre warunki zrobiły się dopiero po tym, gdy upomniałem obsługę hotelu, że pokoje raczej dawno sprzątania nie widziały i wszędzie jest sporo kurzu, a o tym co się działo w basenie wolę nawet nie wspominać. Niestety nie przyszło nam z niego skorzystać.
Po ogarnięciu się i odpoczynku poszliśmy na kolację. Wybraliśmy restaurację, która podaje dania w stylu BBQ, co w przypadku Wietnamu oznacza, że na środku stołu znajduje się grill, na którym to każdy szykuje sobie posiłek. Do tego był szwedzki stół z przekąskami. Niestety pojawił się zgrzyt, bowiem kelner zdecydowanie próbował nas oszukać, gdy po pierwszej turze dań poinformował nas, że to już koniec, co by oznaczało skrajnie niepoważną sytuację, gdy zapłacilibyśmy bardzo dużo za jedzenie, którego ledwo posmakowaliśmy.
Oczywiście bariera językowa nie pozwoliła wyjaśnić sobie tej sytuacji po angielsku, aczkolwiek polskie przekleństwa i zdecydowanie widoczne zirytowanie całą akcją spowodowało, że restauracja spuściła z tonu i ostatecznie zapłaciliśmy kilkukrotnie mniej niż początkowo oczekiwano tego od nas. Być może ta cała akcja polegała na tym, że chcieli się nas pozbyć, bo ewidentnie rozpoczynała się jakaś impreza urodzinowa z masą dzieci.
Jako że było już ciemno, a droga do hotelu nie była zbyt zachęcająca, postanowiliśmy ponownie złapać taksówkę. Niestety w Ninh Binh, Grab działa znacznie gorzej, to znaczy prawie nie działa, ale nam się udało trafić na jakiś zabłąkany samochód z włączoną aplikacją, który za grosze podwiózł nas do hotelu.
Dzień 13 – Cuda natury
W drugi dzień pobytu w Ninh Binh odbyliśmy całodniową wycieczkę, na którą składały się dwa spływy. Jest to absolutny klasyk, który najpewniej zobaczy każdy, niezależnie od tego czy potraktuje Ninh Binh jako miasto na kilkudniowy pobyt czy przyjedzie tutaj na jeden dzień z Hanoi.
Po szybkim hotelowym śniadaniu spotkaliśmy się z taksówkarzem, z którym to nawiązaliśmy, że tak się wyrażę, kontakty biznesowe na czas pobytu w Ninh Binh. Zgodnie z umową podwiózł on nas do początku spływu Trang An. Nie chcieliśmy, żeby czekał on na nas, a już tym bardziej, żeby organizował nam jakieś objazdówki, bo doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że po pierwsze wyjdzie to znacznie drożej, a po drugie w Trang An nie będziemy mieli problemu, by złapać kolejną taksówkę do kolejnego punktu tego dnia. Ale po kolei.
Spływ w Trang An był moim zdaniem jedną z dwóch najpiękniejszych atrakcji podczas trzytygodniowego wyjazdu do Wietnamu. Trzygodzinny rejs odbywaliśmy na niewielkiej, czteroosobowej łódce (plus Pani, która wiosłuje).
Do wyboru mieliśmy trzy trasy, które różniły się od siebie ilością jaskiń (oraz ich długością) oraz świątyń. My stwierdziliśmy, że wybierzemy trasę numer jeden. Składała się ona z trzech świątyń oraz dziewięciu jaskiń.

Początek spływu wyglądał dość niewinnie, ot po prostu spływ bardzo spokojną rzeką, trochę zatłoczoną przez sporą ilość łódeczek. Po chwili byliśmy już przy pierwszej, również nierobiącej wrażenia świątyni. Po wypłynięciu w dalszy rejs na rzece zostaliśmy sami. Okazuje się bowiem, że wybrana przez nas trasa nie jest zbyt popularnym wyborem i wiecie co? Gdy zostaliśmy tylko w dwie łódeczki, ten spływ zacząłem zupełnie inaczej odczuwać. Na łódce zapanował spokój, możliwość wyciszenia się i napawania coraz ładniejszymi widokami. Trochę pomógł w tym Byku, który płynął w drugiej łódce i również wiosłował, dzięki czemu nasze łódki oddaliły się na tyle, że po chwili mogliśmy poczuć się jakby rzeka była tylko dla nas.
Spokój przerwała ,,Pani przewodnik”, która ostrzegła nas, byśmy zdjęli czapki i kapelusze oraz schylili się. Zbliżaliśmy się bowiem do wlotu pierwszej jaskini, chyba najniższej ze wszystkich na dzisiejszej trasie, ale z tego co się dowiedziałem nie najniższej ze wszystkich w Trang An.
Ledwo wypłynęliśmy z jednej jaskini i już widać było następną tabliczkę, na której jest napisana nazwa i długość kolejnej jaskini. Po przepłynięciu trzech pierwszych jaskiń dopłynęliśmy do drugiej przystani, gdzie mogliśmy rozprostować nogi i wyjść do kapliczki, która była gdzieś, ale nie wiadomo, gdzie. Kilka osób poszło schodami do góry, ale nic nie znaleźli. Ogólnie miejsce, w którym zatrzymaliśmy się wydawało się trochę opuszczone i zdaje się, że faktycznie mało turystów tutaj bywa. Cała przystań, drzewa, ławki i chodniki były pokryte warstwą mchu. Co prawda nie było go bardzo dużo, ale robił niesamowity klimat.
Wraz z trwaniem spływu oraz przepływaniu kolejnych jaskiń widoki zaczęły być coraz bardziej niesamowite. Powoli warunki przypominały połączenie tego co jest na Dunajcu i na Nidzie.
Skały, które pionowo wystrzeliwują z rzeki przypominają przełom Dunajca. Leniwy prąd wody zaś spływ Nidą.
Wszystko było niesamowicie relaksujące i przepiękne. Nawet upał, który panował tego dnia w zupełności nam nie przeszkadzał. ,,Uwaga chować się”, ot kolejna niesamowita jaskinia przed nami.
Po przepłynięciu kolejnych czterech jaskiń dopłynęliśmy do trzeciej, ostatniej już przystani, gdzie czekał nas, krótki spacer między dwiema niewielkimi, ale uroczymi świątyniami, gdzie zrobiliśmy niezliczoną ilość zdjęć.
Ale nim ruszyliśmy na spacer czekała nas specjalna procedura, którą nieoficjalnie zarządził, tutejszy kotek. Najpierw każdy musiał się z nim przywitać w formie pogłaskania i dopiero mógł iść dalej.
Ostatni etap naszego rejsu obfitował już w mniejszą ilość jaskiń, takowe były już tylko dwie. Niemniej jednak widoki nadal się nie zmieniały, wprost mam wrażenie, że w dalszym ciągu robiło się coraz piękniej, a przynajmniej do pewnego momentu.
Po przepłynięciu ostatniej, dziewiątej jaskini widoki powoli zaczęły robić się coraz mniej spektakularne. Te mniej spektakularne widoki, połączone z błogą ciszą i lekkim kołysaniem łódki powodowało, że chyba każdy z naszej czwórki uciął chwilowego, przysłowiowego komara.
Koniec rejsu był dla nas niemałym zaskoczeniem. Było to bowiem pierwsze i ostatnie, typowo turystyczne miejsce w Wietnamie, w którym to nie padło złote określenie ,,Tip, Tip, Tip”. My jednak stwierdziliśmy, że praca tej Pani jest naprawdę ciężka i w pełni zasługuje ona na napiwek.

Zgodnie z tym czego się spodziewaliśmy, przy głównej przystani na parkingu czekało sporo taksówkarzy, na szczęście również tych z dużymi samochodami, które pomieściły naszą grupę. Wybraliśmy pierwszego lepszego, który nam zaproponował przejazd i… ponownie zostaliśmy zaskoczeni, bowiem taksówkarz zapytany o stawkę za przejazd, powiedział wprost, że jedziemy na taksometrze. Nigdy w Azji mi się nie zdarzyło, by pierwszy złapany taksówkarz zgodził się na taksometr, a nawet sam go zaproponował i to na trasie łączącej dwa najpopularniejsze atrakcje turystyczne, a w dodatku jechał najkrótszą możliwą trasą.
Gdy przyjechaliśmy do przystani, z której rozpoczyna się drugi spływ naszym oczom ukazał się niemały tłumek turystów, co w sumie nie powinno nikogo dziwić, ale po tym co widziałem na pierwszej rzece, miałem cień nadziei, że wstrzeliliśmy się idealnie w dzień, w którym akurat będzie mniej wycieczek. Na nasze szczęście okazało się, że są dwie kolejki, osobna dla wycieczek zorganizowanych i osobna na turystów indywidualnych.
Spływ odbywa się rzeką Ngo Dong i składa się z trzech jaskiń, które są szersze niż te w Trang An, niemniej nadal trzeba było uważać na niskie sufity.
Bardzo ciekawe są łodzie, którymi odbywa się spływ. Są to sampany, czyli stare chińskie łodzie rybackie. Oprócz osoby, która wiosłuje, na łódź wejdą dwie do czterech osób, w zależności od wagi. Samo wiosłowanie również jest nietypowo rozwiązane, bowiem odbywa się ono nie za pomocą rąk (co powoduje na dłuższą metę ból kręgosłupa) tylko za pomocą stóp.
Spływ Tam Coc jest piękny, ale nie wywarł on na mnie aż takiego wrażenia jak ten w Trang An. Rejs trwał około 45min w jedną stronę, powrót odbywa się tą samą trasą, czyli w sumie spływ zajął nam 90min, przy czym cena jest taka sama w przypadku Tam Coc i Trang An. Miałem też wrażenie, że kobieta, która wiosłowała robiła to chyba jakby za karę, byle jak najszybciej. Oczywiście tym razem na koniec spływu padło złote zdanie ,,Tip, Tip please”. Tym razem zbyłem te prośby milczeniem i szybkim opuszczeniem łodzi.
Niemniej niczego nie żałuję, krajobrazy podczas rejsu były naprawdę przepiękne i wręcz niepowtarzalne. Na pewno jeszcze lepiej by to wyglądało w okresie tuż przed zbiorami ryżu, bowiem część trasy płynie właśnie wśród pól ryżowych.
Jeszcze przed wyjściem z łodzi nasze brzuchy zaczynały burczeć. Miałem trochę obawy co do jedzenia tuż przy przystani, bowiem byłem pewny, że albo trafimy na drogie i w miarę przyzwoite jedzenie, albo tanie i mocno syfiaste, ale na pewno nie tanie i smaczne. I tutaj znów zaskoczenie, bo dosłownie po drugiej stronie ulicy znaleźliśmy dobrze zapowiadającą się knajpkę. Opinie na Google były całkiem w porządku, ceny w menu również, zatem postanowiliśmy tam zjeść. I wiecie co? Było na tyle w porządku, że wróciliśmy do niej kolejnego dnia.
Podczas oczekiwania na podanie jedzenia zaczęliśmy planować kolejną część dnia. Postanowiliśmy, że najpierw wrócimy na chwilę do hotelu, a po zmroku złapiemy taksówkę do centrum miasta.
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Podjechaliśmy do kompleksu świątyń, w którym byliśmy już dzień wcześniej. Wieczorem kompleks ten wygląda jeszcze bardziej spektakularnie niż za dnia. Wynika to z bardzo ciekawego podświetlenia, więcej opowiedzą Wam zdjęcia.
Poszliśmy również na spacer deptakiem wzdłuż jeziora. Mogliśmy się na nim nieco poczuć jak na nadmorskim deptaku w Polsce. Pełno stoisk z przeróżnym jedzeniem, pamiątkami i napojami. Ceny były nieco wyższe niż normalnie, ale też bez przesady, zresztą w tym miejscu spotkaliśmy sporo lokalnej młodzieży, która najwidoczniej traktuje ten deptak jako dobry punkt spotkań. Wcale się nie dziwię, robiłbym to samo, gdyby przyszło mi tam mieszkać

Na sam koniec dnia poszliśmy do sklepu, w którym zdarzyło się coś co chyba zostanie mi na zawsze w pamięci. W pewnym momencie Werkę zaczęła obserwować mała dziewczynka. Po chwili zebrała się na odwagę i przywitała się z nią, zapytała skąd jest, takie bardzo podstawowe zwroty w języku angielskim, po czym powiedziała jej takim słodkim głosem ,,You are beautiful” i wręczyła jakąś małą rzecz. Stojąc w kolejce do kas, dziewczynka jeszcze pomachała nam i widać, że była zachwycona tym co się zdarzyło. Prawdopodobnie potraktowała to spotkanie jako szansa na spróbowanie rozmowy po angielsku. Dla nas był to najbardziej uroczy moment podczas tej podróży, a nawet chyba pośród wszystkich moich dotychczasowych wypraw.
Po powrocie do hotelu przyszedł czas na zasłużony odpoczynek przed bardzo ciekawym kolejnym dniem.
Dzień 14 – Skuterami po okolicy
Tego dnia ponownie zwlekliśmy się względnie wcześnie z łóżek. Nasz plan zakładał całodniową wycieczkę, podczas której chcieliśmy zwiedzić dwa miejsca. Tym razem, była to wycieczka podczas której za środek transportu, po raz pierwszy w historii moich wyjazdów, służyły nam skutery.
Ogólnie Wietnam nie był pierwszym krajem w Azji, w którym myślałem nad wypożyczeniem skutera, natomiast dopiero właśnie w Wietnamie mogliśmy to załatwić w pełni legalnie, bowiem nie tylko akceptowane jest tam polskie prawo jazdy (o ile w ogóle ktokolwiek w Wietnamie przejmuje się takimi ,,papierkami”), ale również na wypożyczenie skutera do pojemności 50cc nie są potrzebne jakiekolwiek uprawnienia.
Po śniadaniu, jeszcze przed samym wyjazdem na wycieczkę, mieliśmy okazję przetestować nasze skuterki. Wypożyczyliśmy ich w sumie cztery. Co prawda lekkim problemem na początku był fakt, że nigdy w życiu nie jeździłem skuterem i musiałem się nieco oswoić ze sposobem jego prowadzenia, tym bardziej, że wraz ze mną na skuterze jechała również moja Werka.
Gdy ogarnęliśmy temat, podjechaliśmy na stację zatankować i ruszyliśmy w podróż. Dość szybko zacząłem czuć się pewnie na skuterze, a w dodatku zacząłem w pewnym sensie rozumieć tutejszy ruch drogowy.
Naszym pierwszym celem była starożytna stolica Hoa Lu. Miejscowość ta była stolicą Wietnamu w latach 968-1009 za panowania dynastii Dinh i Le. Nie będę za wiele rozpisywał się na temat tego miejsca, osobiście mam mieszane uczucia. Na wstępie natrafiliśmy na sporą ilość naciągaczy, którym tym razem nie daliśmy się. Wewnątrz miasta mogliśmy zobaczyć jedną świątynie, w której były tłumy turystów i wspiąć się na punkt widokowy.
Po zwiedzeniu rzekomego miasta ruszyliśmy w dalszą trasę, tym razem do zdecydowanie ciekawszego miejsca jakim była pagoda Bai Dinh. Dojazd do niej zajął nam około pół godziny po niezbyt ruchliwej o tej porze dnia drodze.
Pagoda Dai Dinh jest ogromnym buddyjskim kompleksem, położonym na powierzchni blisko 80 hektarów. Co ciekawe nie jest to zabytek, bowiem kompleks został wybudowany w latach 2003-2010. Kompleks posiada wiele rekordów pod względem wielkości poszczególnych jego elementów.
Zostawiliśmy skutery na parkingu i udaliśmy się do kas i dopiero wtedy doszło do nas z jak ogromnym obiektem mamy do czynienia. Generalnie chcieliśmy zwiedzić go na piechotę, natomiast uprzejma Pani w kasach wprost powiedziała, że zwiedzenie tego pieszo zajmie minimum sześć godzin (sic!). Okazało się, że najlepszym sposobem zwiedzenia kompleksu są meleksy, które poruszają się po pewnej z góry wyznaczonej trasie, na której to mają przystanki. Wykupiliśmy zatem wejście z biletem na nielimitowaną ilość przejazdów meleksami i ruszyliśmy na zwiedzanie.
Myślę, że w relacji, która i tak wyjdzie bardzo długa i obszerna nie ma sensu opisywanie poszczególnych punktów zwiedzania, zajęłoby to zdecydowanie zbyt wiele miejsca i dla wielu nie byłoby to zbyt interesujące. Być może po prostu podkuszę się stworzyć osobny artykuł na ten temat. Natomiast coś co muszę podkreślić w tej relacji to to, że kompleks jest czymś niesamowitym. Krążenie po świątyniach z ogromnymi złotymi posągami Buddy, spacerowanie korytarzem, wzdłuż którego są setki posągów Arhata, podziwianie gigantycznego posągu Maitrei czy w końcu wyjazd na punkt widokowy położony na dwunastym piętrze stupy i błądzenie wśród klimatycznej zieleni było czymś tak cudownym, że nawet ogromny upał jaki panował tego dnia nie przeszkadzał mi za bardzo.
Zdecydowanie i definitywnie muszę zgodzić się z tym, że wykupienie biletów na meleksy mocno ułatwia zwiedzanie kompleksu, a jeżeli ktoś ma ograniczoną ilość czasu to wręcz są one niezbędne. Osobiście uważam, że nieco ponad cztery godziny, które spędziliśmy w tym kompleksie to absolutne minimum i to niemal na zasadzie biegu, natomiast drugi raz wolałbym przyjechać tutaj z samego rana i być do zmroku.
I Tobie drogi czytelniku radzę to samo. Jeżeli będziesz w Ninh Binh, czy nawet tylko w Hanoi to koniecznie przyjedź w to miejsce, bo warto. W tym artykule, niech resztę wspomnień z tego miejsca opowiedzą zdjęcia, a osobny wpis na temat tego kompleksu na pewno pojawi się kiedyś na blogu.
Jeszcze przed wyjazdem z parkingu postanowiliśmy, że dobrym pomysłem jest przejażdżka do przystani Tam Coc, gdzie zjedlibyśmy obiadokolację. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy.
Podczas powrotu z Dai Dinh ruch na drodze zdecydowanie wzrósł. Młodzież wracała ze szkół, wygłupiając się na skuterach, dorośli wracali z pełnymi prędkościami, a mi… coraz bardziej podobała się jazda na skuterze i tutejszy ruch drogowy. Można powiedzieć, że przez chwilę ścigałem się z młodzieżą po tym, gdy postanowiłem wyprzedzić ich całą kolumnę. Później był przejazd przez miasteczko, w którym najważniejszym elementem w skuterze był klakson, a pod koniec główna droga w Ninh Binh, na której mogłem nieco przycisnąć gazu, a jednocześnie musiałem uważać na większych ode mnie, w tym ciężarówki. A należy pamiętać, że wielkość jest podstawowym czynnikiem stanowiącym ewentualne prawa na drodze w Wietnamie.
Po zjedzeniu pysznej obiadokolacji wróciliśmy do hotelu i oddaliśmy skutery, żałując przy tym, że dopiero teraz przekonaliśmy się do jazdy na nich. Osobiście uważam, że ten dzień był jednym z najlepszych dni w Wietnamie.
Na tym kończymy drugą część relacji. Następnego dnia pojechaliśmy na wyspę Cat Ba, o której będziecie mogli przeczytać w następnym artykule.












































































