Wietnam w trzy tygodnie – Ho Chi Minh

W pierwszej części relacji z podróży po Wietnamie wybierzemy się do największego miasta w Wietnamie i byłej stolicy tego kraju.

  1. Wstęp
  2. Dzień 1 – Warszawa
  3. Dzień 2 i 3 – Podróż
  4. Dzień 4 – Przeprowadzka i zwiedzanie Ho Chi Minh City
  5. Dzień 5 – Tunele Chi i Delta Mekongu, czyli jakże nieracjonalne połączenie w jeden dzień
  6. Dzień 6 – Ponownie Ho Chi Minh

Wstęp

Po kilku latach przerwy, związanej z sytuacją pandemiczną na świecie, w końcu nadszedł czas powrotu do Azji Południowo-Wschodniej. Tym razem postanowiłem polecieć do Wietnamu.
Wyjazd do Wietnamu był czymś co planowałem od dawna. Kraj ten był moim podróżniczym marzeniem, które odkładałem w czasie z przeróżnych powodów, a to wpadły promocyjne ceny biletów do Chin, a to zakochałem się w Tajlandii, a to pojawił się Covid. W końcu jednak, gdy Wietnam oficjalnie ogłosił, że zaprzestaje jakichkolwiek obostrzeń, postanowiłem, że choćby nie wiem co, to nadszedł ten moment, w którym muszę tam polecieć. Te „nie wiem co” objawiło się między innymi w cenach biletów, bowiem bilet multicity Warszawa – Ho Chi Minh, Hanoi – Warszawa (w obie strony z przesiadką w Dubaju) kosztował nas prawie 4000PLN, niemniej jednak słowo się rzekło i w połowie roku bilety zostały zakupione. Pozostały już tylko sprawy organizacyjne, związane z podróżami na miejscu. Jednak nim wylądowaliśmy w Wietnamie odwiedziliśmy Warszawę.

Dzień 1 – Warszawa

Wyjazd do Warszawy dzień przed wylotem wyszedł dość spontanicznie. Nasz wylot odbywał się w sobotę, natomiast na jednym ze spotkań przedwyjazdowych doszliśmy do wniosku, że co nam szkodzi pojawić się dzień wcześniej w Warszawie i kulturalnie, jak ludzie napić się wódeczki. Ja ze swoją dziewczyną postanowiłem, że pojedziemy do Warszawy rano, natomiast pozostała ekipa (poza jedną dziewczyną, która dojechała w sobotę na lotnisko) dojechała popołudniu.
W końcu nadszedł czas wyjazdu. Po spotkaniu się z Werką na dworcu, poszliśmy na pożywne, pełnowartościowe, bogate w minerały i witaminy śniadanie. Nie żeby to był Mc Donald’s, ale jak coś, to nikt o tym nie wie, świadków żadnych nie było.
Po punktualnym dojechaniu do Warszawy udaliśmy się do hotelu, gdzie pomimo wczesnej pory udało się odebrać jeden z pokojów i zostawić w nim walizki.
Przed wyjazdem mieliśmy nadzieję, że może udałoby się trafić na piękną złotą jesień w Warszawie, dzięki czemu moglibyśmy wybrać się na małą sesję fotograficzną do warszawskich parków. Niestety pogoda miała inne plany wobec nas i raczej średnio zachęcała do spacerów. W związku z tym postanowiliśmy nieco zacząć wkręcać się w klimaty azjatyckie i poszliśmy do Muzeum Azji i Pacyfiku. Powiem szczerze, że nie do końca rozumiem skąd muzeum to ma takie oceny na Google, natomiast nam nie za bardzo podeszło, a przede wszystkim zaskoczyło bardzo małym rozmiarem. Naprawdę spodziewaliśmy się czegoś więcej. No ale cóż, to nie była jedyna nasza atrakcja tego dnia.

Kolejną była atrakcja kulinarna. Korzystając z festiwalu Restaurant Week poszliśmy na obiad do restauracji LAS. To co dostaliśmy do jedzenia powaliło nasze kubki smakowe, a porcje były tak solidne, że jeszcze wiele godzin później byliśmy najedzeni. Zdecydowanie polecam tą restaurację, zresztą tak samo jak festiwale organizowane przez Restaurant Club, bo za rozsądne ceny można zjeść w miejscach, gdzie pewnie nigdy by nam nie przyszło na myśl, by normalnie pójść.
Nadszedł moment spotkania z pozostałą ekipą i odebrania pokojów. Po chwili ogarnięcia się wyszliśmy na miasto. Nie przewidzieliśmy tylko jednego. To był piątek wieczór… W centrum Warszawy, a my byliśmy w 6 osób. Chyba nie muszę tłumaczyć, że znalezienie wolnych miejsc w knajpach graniczyło z cudem? Niemniej jednak cud ten nastąpił i udało nam się wejść do trattorii. Po zjedzeniu (to znaczy będąc dokładnym, to bardziej ekipa jadła, ja tylko raczyłem się złotym trunkiem) postanowiliśmy, że początek urlopu lekko opijemy w hotelu. Chociaż oczywiście bez przesady, bowiem czekała nas długa podróż.

Dzień 2 i 3 – Podróż

Odprawa na lotnisku była nieco stresująca, bowiem o ile czterem osobą udało się odprawić online, o tyle trzy kolejne nie miały przypisanych miejsc i istniało ryzyko overbookingu. Na szczęście ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze i bez problemów weszliśmy całą ekipą na pokład samolotu Boeing B777-300ER linii Emirates. Po niemal sześciu godzinach lotu wylądowaliśmy w Dubaju. W tym miejscu nastąpiło pierwsze rozdzielenie grupy. Większość ekipy postanowiła wybrać się na nocną wycieczkę po Dubaju, ja zaś z Werką stwierdziliśmy, że przejdziemy się po wolnocłówce, a koło 1 w nocy wejdziemy do poczekalni premium, gdzie mogliśmy wygodnie wyspać się na świetnych fotelach, przekąsić różne smakołyki i w końcu coś co było dla nas najważniejsze, wziąć prysznic.
Generalnie naprawdę polecam wykupić wejście do tego typu poczekalni, w przypadku tak długiej przesiadki jaką mieliśmy, bo jednak 11 godzin czekania w nocy nie jest niczym przyjemnym.

Kolejny lot potrwał około 7 godzin i w końcu wylądowaliśmy w upragnionym przeze mnie Wietnamie. Na lotnisku zostało nam jeszcze tylko przejść kontrolę paszportową, wymienić część waluty, kupić kartę SIM i w końcu mogliśmy udać się do kierowcy, który na nas czekał z transferem pod hotel.
To co zobaczyliśmy w hotelu przeraziło nas. Byłem wiele razy w Azji, ale takiego syfu nie widziałem nigdzie. Nie mówiąc o tym, że nie mogłem dojść do porozumienia z ochroniarzem, który twierdził, że hotel jest pełny i dopiero po wykonaniu telefonu do kogoś wpuścił nas do środka. Stan pokojów to był nieakceptowalny dramat wszędzie brud, grzyb, jakieś robaki. Zmusiło mnie to do szybkiego działania ale najpierw poszliśmy na miasto coś zjeść. Uwierzcie mi, że znalezienie knajpy, która działałaby po 22:00 nie jest niczym łatwym, ale w końcu się udało. Było dość smacznie, może nieco drogo jak na Wietnam, ale cóż, taki jest urok wieczornych przylotów do Azji.

Po powrocie do hotelu rozpoczęliśmy proces odkażania organizmu, a ja na szybko zacząłem szukać innego hotelu. Udało znaleźć się genialny apartament w ofercie Last Minute, w której to został przeceniony z prawie 6000PLN na 1400PLN. Godzinę później miałem ustalone już z właścicielką co i jak.

Dzień 4 – Przeprowadzka i zwiedzanie Ho Chi Minh City

Poranek rozpoczęliśmy od wymeldowania z hotelu. Jak się okazało, obsługa podeszła uczciwie do sprawy i policzyli nas tylko za jeden nocleg, więc tutaj lekko u mnie zaplusowali. Do naszego ,,zastępczego” miejsca noclegowego mieliśmy około 2km drogi, której nieco się obawiałem, ponieważ chodniki w Azji często bywają w kiepskim stanie, co w połączeniu z dużą walizką i upałem tworzy kiepskie połączenie. Tym razem pozytywnie się zaskoczyłem, bo co prawda były miejsca, gdzie chodnik był w nienajlepszym stanie, były też miejsca, gdzie sposób parkowania skuterów wymuszał na nas zejście na ulicę, tak ogólnie szło się dość wygodnie i sprawnie.
A gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego nie skorzystaliśmy z Graba, to spieszę z odpowiedzią. Przez cały wyjazd, za nic nie mogłem skonfigurować tej aplikacji z moim wietnamskim numerem telefonu. Jak się później okazało, tylko ja miałem ten problem.
W międzyczasie otrzymałem wiadomość, że apartament jest gotowy na nasze zameldowanie. Było to nasze kolejne pozytywne zaskoczenie tego dnia, bowiem plan był taki, że zostawiamy walizki w innym apartamencie, idziemy na miasto i po zwiedzaniu zameldujemy się w tym prawidłowym.
Także wiadomość, że możemy się już zameldować była nam wybitnie na rękę. Apartament ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Był naprawdę spory, miał trzy sypialnie, dwie łazienki i duży salon połączony z aneksem kuchennym. Widoki z okna były również całkiem zacne, chociaż nie tak zacne jak z tarasu, który był na 34-tym piętrze. W ramach ochłody mogliśmy skorzystać z basenu zewnętrznego.

Po zameldowaniu ruszyliśmy na zwiedzanie. Naszym pierwszym celem były okolice Opery i Ratuszu. Po wyjściu z apartamentu przeszliśmy przez rzekę, a następnie udaliśmy się na coś rodzaj deptaku, który łączy Ratusz z bulwarem Tôn Đức Thắng. Miejsce to znacząco ożywa wieczorem, w szczególności w weekend, niemniej jednak za dnia wyglądało to również dość ładnie. Niestety lejący się z nieba żar nie zachęcał do przejścia na środek deptaku, raczej woleliśmy iść spokojnie w cieniu, aż tu nagle… Z chłopakami zauważyliśmy coś za co uwielbiamy ten rejon świata, a mianowicie stoisko ze świeżo wyciskanymi sokami. Do tej pory zastanawiam się komu bardziej zaświeciły się oczy czy Pani, która to sprzedawała i zobaczyła, że siedmiu białych zmierza ku niej, czy nam, którzy byliśmy spragnieni. Soki były wyborne, ale jak się później okazało trochę za nie przepłaciliśmy.
Po chwili przerwy ruszyliśmy dalej i kilka minut później byliśmy przy operze.
Jest to jedno z tych miejsc, w których musiałem się upewnić czy oby na pewno jestem w Azji, bowiem budynki w żaden sposób o tym nie świadczą. Budynek opery został zaprojektowany przez francuskich architektów i wybudowany w 1900 roku. Zresztą nie jest to jedyny budynek w Ho Chi Minh, który jest pozostałością po czasach kolonialnych.

Moja zaduma została przerwana, gdy zobaczyłem co się dzieje z jednym z uczestników wyjazdu. Bowiem Wietnamczycy porwali nam Byka. Oczywiście niedosłownie. Po prostu zaprosili go na krzesełko na czyszczenie butów… Oczywiście za (nie)odpowiednią opłatą. Naprawdę polecam uważać na takich typów, bo to łatwy sposób na stracenie sporej sumki pieniędzy, a tacy mili Panie lub Panowie czekają na Was przy każdej atrakcji turystycznej.
Podczas, gdy buty Byka się czyściły, a ja pękałem z tegoż powodu ze śmiechu, inna grupka lokalnych czyścicieli próbowała dobrać się do sandałów Mateusza. Tymczasem z krzaków postanowił wyjść szczurek, co spowodowało, że Martyna niemal wyskoczyła na drzewo.

Gdy odeszliśmy z tego szaleństwa, nasze kroki udały się w stronę Ratuszu, oficjalnie nazywanego tutaj Siedzibą Komitetu Ludowego Miasta Ho Chi Minh. Budynek ten został wybudowany w podobnym okresie do opery, zatem jak nietrudno się domyśleć, również i on nawiązuje do francuskiego stylu architektonicznego.

Nie musieliśmy iść daleko, by ponownie spotkać się z Francją w Wietnamie, bowiem kilka kroków dalej znajduje się Urząd Pocztowy, który swoją budową przypomina budynek klasycznego europejskiego dworca kolejowego. Natomiast prawdziwa perełka znajduje się tuż koło Urzędu Pocztowego i jest to Katedra Notre-Dame. Katedra została wybudowana w 1880 roku. Z wyglądu trochę przypomina katedrę z Paryża, ale w bardzo pomniejszonej wersji. Taka Notre-Dame Junior. Co ciekawe, wszystkie oryginalne materiały budowlane sprowadzono z Francji.
Niestety nie udało nam się wejść do środka, bowiem trwa generalny remont świątyni.

Powoli wszystkim zaczynało wszystkim burczeć w brzuchu. Postanowiliśmy, że tego dnia nie będziemy jeszcze kombinować i wybraliśmy się na jeden z chyba najbardziej popularnych, wśród turystów, food court-ów, znajdujący się nieopodal byłego pałacu prezydenckiego. Jedzenie i panująca tam atmosfera była naprawdę świetna, chociaż również i w tym przypadku, okazało się później, że przepłaciliśmy. No ale nie miało to aż takiego znaczenia, najważniejsze, że zaczęliśmy od klasyków, czyli w tym przypadku była to woda ze świeżo otwartego kokosa oraz Banh Mi, czyli bagietka z mięsem i różnymi dodatkami, zazwyczaj kolendra, kiełki fasoli mung, sałata. Nic tylko palce lizać.

Przy okazji zasłużonego odpoczynku zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Zastanawialiśmy się, czy skoro nie jesteśmy już przy pałacu, to czy nie wejść do niego, natomiast jak się okazało zwiedzanie było możliwe jeszcze tylko przez godzinę, zatem stwierdziliśmy, że ,,bieganie” po nim, by zobaczyć wszystko mija się z celem.
Ostatecznie poszliśmy do Muzeum Pozostałości Wojennych. Samo muzeum jest trochę drastyczne. Co prawda z zewnątrz wygląda niewinnie, parę samolotów, helikopter, czołg, łódź. Natomiast w środku można nie tylko przeczytać o historii wojny i zobaczyć na fotografiach jak wyglądało życie podczas jej trwania, ale również albo przede wszystkim zobaczyć skutki wojny na naprawdę drastycznych zdjęciach. Mowa tutaj o zdjęciach ofiar, zdjęcia stosowanych tortur, głodu, zdjęcia ukazujące skutki nalotów chemicznych, czy zdjęcia z obecnych czasów, bowiem należy pamiętać, że w Wietnamie nadal jest sporo min i ich ofiar. W szczególności bolały zdjęcia dzieci.

Po wyjściu z muzeum i chwili na przeznaczonej na ochłonięcie podjęliśmy decyzję o dalszym planie dnia. Bowiem musicie wiedzieć, że o ile nasz wyjazd miał z grubsza ogarnięty plan, o tyle szczegóły zwiedzania były już raczej podejmowane spontanicznie.
Za kolejny cel obraliśmy Bitexco Financial Tower. Jest to jeden z najwyższych budynków w Wietnamie. Na 49 piętrze znajduje się taras widokowy, na który to chcieliśmy zdążyć przed zachodem słońca.
No przy czym tak… Soczki nas zatrzymały. Tym razem koło jednego z biurowców, co jest o tyle istotne, że piją tutaj lokalsi, a to było dla mnie wyznacznikiem, że powinno być taniej i smaczniej. Oczywiście moje przypuszczenia potwierdziły się. Sok był dwukrotnie tańszy niż ten rano i o wiele smaczniejszy (chyba, że to kwestia pragnienia).
Na szczęście, pomimo przerwy, udało się zdążyć na taras widokowy przed zachodem. Tylko, że… zachodu nie było. To znaczy był, ale zasłonięty przez chmury. W tej sytuacji postanowiliśmy poczekać do zmroku i zobaczyć oświetlenie miasta z góry. Nie żałowaliśmy, aczkolwiek zdjęcia nie oddają wrażenia, jakie są podczas wizyty.

Gdy zjechaliśmy na dół, część grupy postanowiła iść do pobliskiej galerii handlowej, zobaczyć, jak wygląda i kupić nową walizkę dla Ani, której to stara walizka, cóż nie była w najlepszym stanie od czasu wyjazdu z Krakowa. Ja z Werką i Martyną mieliśmy plan iść do hotelu, natomiast plan ten nieco musieliśmy zmodyfikować, bowiem przypadkiem trafiliśmy na food court, tym razem wyglądający dużo bardziej jak pod lokalsów niż turystów.
Ceny w menu jeszcze bardziej nas utwierdziły w tym przekonaniu. Nadszedł czas na porządnego klasyka jakim jest zupa Pho, czyli coś rodzaju naszego rosołu na bulionie wołowym. Do tego jest makaron ryżowy, mięso do wyboru (w naszym przypadku wołowina) i zielenina. Dodatkowa porcja ziół oraz kiełki fasoli mung podawane są na osobnym talerzu.
Całość była przepotężnie sycąca i przepyszna.
Po powrocie do hotelu nadszedł czas na ogarnięcie się i wspólną posiadówę, połączoną z odkażaniem.

Dzień 5 – Tunele Chi i Delta Mekongu, czyli jakże nieracjonalne połączenie w jeden dzień

Drugi dzień w Wietnamie przeznaczyliśmy na pierwszą całodniową wycieczkę. Ucząc się na błędach z Tajlandii i Pływającego Targu, postanowiliśmy, że nie zorganizujemy jej na własną rękę tylko wykupimy wycieczkę z lokalnego biura podróży. Było to dla nas o tyle wygodniejsze, że dzięki temu mogliśmy połączyć dwie najpopularniejsze atrakcje regionu w jeden dzień. Jak się okazało połączenie to było błędem, ale o tym później.
Jak w większości przypadków wycieczek zorganizowanych, tak również tym razem odbiór mieliśmy umówiony spod miejsca noclegowego. Co prawda kierowca nieco się spóźnił, ale nie zamierzałem się tym zbytnio przejmować. Nie pierwszy raz spotykam się z tym, że w Azji Południowo-Wschodniej czas to pojęcie względne.
Na dzień dobry czekała nas mała atrakcja, w postaci przedostania się z centrum Ho Chi Minh City na przedmieścia. Oznaczało to okazję do bliższego zapoznania się z ruchem drogowym, który dla nas Europejczyków wydawać się może szalony, jednak już po kilku dniach podróży można zauważyć, że ruch ten jest bardzo płynny i panuje w nim pewna harmonia, wszyscy się dogadują, podczas trzech tygodni pobytu nie widzieliśmy żadnej kolizji. Ale ruch drogowy w tym kraju jest na tyle ciekawy, że prawdopodobnie stworzę o nim felieton.

Po odebraniu wszystkich uczestników wycieczki ruszyliśmy poza miasto. W międzyczasie przewodnik zaczął nam opowiadać nieco historii o Ho Chi Minh oraz tunelach Cu Chi.
Mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się na krótką przerwę. Jest to typowy azjatycki, turystyczny ,,zajazd”. Można tutaj zjeść, napić się kawy albo świeżo wyciskanych soków oraz skorzystać z toalety. W tym przypadku mieliśmy również możliwość zobaczenia produkcji ceramiki oraz jej zakupu. Przy czym o ile te wyroby są naprawdę przepiękne o tyle nie muszę wspominać o tym, że skoro jest to miejsce, gdzie zatrzymują się wycieczki, to przebita cenowa jest olbrzymia.
W końcu dojechaliśmy na miejsce i po chwili rozpoczęliśmy zwiedzanie. Na początek krótki film propagandowy. Na szczęście trafiliśmy tylko na jego końcówkę, bowiem pełny film trwa 20 minut.

Kolejnym etapem była już wycieczka strice po terenie tuneli.
Czym w zasadzie były te tunele? Jest to system podziemnych korytarzy, który łączył przedmieścia Sajgonu z granicą Kambodży. Pierwsze korytarze zostały wybudowane w trakcie trwania I Wojny Indochińskiej. Zbudowano ich wtedy około 50km. Kolejne wybudowano podczas II Wojny Indochińskiej. Szacuje się, że w szczytowym okresie łączna długość podziemnych korytarzy liczyła 250km. Były one wykorzystywane jako szlaki zaopatrzeniowe z Kambodży oraz przez partyzantów Wietkongu, którzy walczyli przeciwko armii Południowego Wietnamu i ich sojusznikom, w tym USA.
Nasz przewodnik podczas oprowadzania pokazywał przeróżne metody zastawiania pułapek. Były one realizowane w banalny, acz skuteczny sposób, chociażby poprzez zapadnie, doły z bardzo wymyślnymi mechanizmami, zakończonymi kolcami, przeróżne spadające z drzew mechanizmy, oczywiście również z kolcami. No tak oceniając na oko, to nie chciałbym być w skórze tych, którzy natknęli się na takie pułapki. Mogliśmy również spróbować wcisnąć się do oryginalnego otworu tunelu, natomiast możecie mi uwierzyć, że jest to bardzo ciężkie dla Europejczyka, a dla kogoś mojej postury to wręcz niemożliwe. Przygotowany jest też specjalny tunel, który ma normalne wejście, jest on powiększony do rozmiarów, które umożliwiają wstęp niemal każdemu, jednak ja odpuściłem, ze względu na fakt, że trzeba trochę przejść w kuckach, a tuż przed wyjazdem narobiłem sobie problemu z kolanem. Ostatecznie trafiliśmy do punktu, gdzie można było zakupić pamiątki, coś do picia i jedzenia oraz postrzelać na strzelnicy z przeróżnej broni.

Po zakończeniu zwiedzania czułem lekki niedosyt. Moim zdaniem naprawdę warto tutaj przyjechać, jednak w naszym przypadku zwiedzanie było realizowane zbyt szybko i następnym razem wolałbym tutaj przyjechać na własną rękę autobusem podmiejskim lub skuterem. Zwłaszcza, że realizowanie materiału foto oraz video przy takim tempie jest niemożliwe. Być może byłoby inaczej, gdyby nie fakt, że tego samego dnia jechaliśmy jeszcze na Deltę Mekongu
Więcej na temat tuneli zostanie opisane w osobnym artykule, bowiem uważam, że jest to temat dość ciekawy i ważny z perspektywy historycznej.
Po wyjściu z kompleksu historycznego mieliśmy chwilę wolnego czasu oraz lunch. Następnie ruszyliśmy dalej. Czekały nas dwie godziny jazdy, więc był to dobry czas na odespanie oraz obserwowanie wietnamskiej prowincji i ruchu na drogach.

W miejscowości My Tho przesiedliśmy się na niewielką łódź, którą przepłynęliśmy Mekong wszerz w celu dostania się na jedną z wysp. Trochę niepokojąco wyglądało przy tym niebo, na którym rysowały się kształty superkomórki burzowej. Mieliśmy jednak nadzieję, że pogoda wytrzyma tą część wycieczki, tym bardziej, że wkrótce czekała nas kolejna atrakcja.

Po przepłynięciu na wyspę przesiedliśmy się do małych łódeczek, tak zwanych sampan-ów i ruszyliśmy w spokojny rejs po malutkim kanale, wokół którego rosły przepiękne palmy kokosowe. Klimacik w tym miejscu był nie do opisania. Niestety nasz zachwyt przerwał dość szybki koniec rejsu oraz coś czego do tej pory ,,brakowało mi” w Wietnamie, czyli mocno narzucające się prośby o tipy. Ja jednak postanowiłem, że nie dam ani jednego donga, co wynikało po pierwsze z braku kultury osób, które próbowały wymusić tip-y. Po drugie z faktu, że rejs był owszem piękny, ale krótki. No i w końcu po trzecie dlatego, że zapłaciliśmy dość sporo za wycieczkę.

Kolejnym etapem było przejście przez swego rodzaju ogródek (?) i dojście do punktu, w którym zrobiliśmy przerwę na zjedzenie tropikalnych owoców oraz lodów kokosowych.
Myślę, że każdy ma świadomość jak przepysznie smakują tropikalne owoce w tropikalnych krajach. Natomiast lody kokosowe, które musiały być wyrabiane na miejscu, bo nigdzie indziej ich nie spotkałem były czymś co pierwszy raz w życiu jadłem i powiem Wam szczerze. Będę za tym tęsknić, bo naprawdę były genialne na ten upał. I pisze to osoba, która nie przepada za kokosowymi smakami w Polsce. Posiadówka była umilana przez występ przeciętnych lokalnych śpiewaków. Oczywiście Tip Tip.
Po najedzeniu się owocami ruszyliśmy dalej, tym razem meleksem. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie można było zrobić sobie zdjęcie z wężem (tip, tip) oraz zasmakować lokalnego napoju, w którym główny składnik stanowi miód.
Ostatnim punktem wycieczki był sklep z pamiątkami i różnymi wyrobami z kokosa. Było to też miejsce, w którym mogliśmy zobaczyć, jak wygląda produkcja lokalnych cukierków kokosowych oraz spróbować wódki kokosowej czy bimbru z kobrą w środku butelki.

Na pożegnanie z wyspą dostaliśmy przepyszną wodę kokosową ze świeżo otwartego kokosa. Po przepłynięciu Mekongu wróciliśmy do busa, a następnie udaliśmy się do Sajgonu. Na szczęście wcześniej wspomniana burza minęła nas bokiem. Chwilowy deszcz spotkaliśmy tylko na wjeździe do Sajgonu.
Ogólnie, jeżeli chodzi o wycieczkę to podobała mi się, natomiast jeżeli miałbym komuś doradzić jak zorganizować tego typu wyjazd to polecałbym rozdzielić te dwie atrakcje na dwa pełne dni. W obu przypadkach czułem niedosyt, czułem, że zarówno na terenie tuneli jak i Delty Mekongu chciałbym spędzić więcej czasu, na spokojnie zobaczyć więcej rzeczy i zebrać więcej materiału na blog. Być może jeszcze kiedyś tam wrócę i właśnie w taki sposób uda mi się zorganizować wycieczki.

Podczas powrotu udało nam się dogadać z przewodnikiem tak, żeby nie podrzucał nas pod apartament, tylko pod Bitexco Financial Tower, ponieważ chciałem pozostałej części ekipy pokazać odkryty przeze mnie dzień wcześniej Food Court.
Najedzeni ruszyliśmy do apartamentu, w którym to podjęliśmy decyzję, że dobrze by było orzeźwić się po całym dniu. Szybko przebraliśmy się i ruszyliśmy na basen. No a po basenie to już standardowa posiadówka w salonie.

Dzień 6 – Ponownie Ho Chi Minh

Kolejnego dnia podzieliliśmy się. Byczku i Martyna zostali w apartamencie i czekali na informację od ubezpieczyciela, gdzie się udać z tym nieszczęsnym zapaleniem spojówek, które niestety raczej się pogarszało niż poprawiało.
Pozostała część ekipy ruszyła na zwiedzanie. W planach było dogadanie się z Panią z recepcji w celu zamówienia Graba, który zawiózłby nas pod pewną świątynie. Plan został zrealizowany, ale nie do końca, bowiem po niedługim czasie jazdy zauważyłem, że jedziemy kompletnie w innym kierunku niż należy, chociaż kierowca temu stanowczo zaprzeczał.

W końcu wysiedliśmy gdzieś, nie wiadomo gdzie, niby przy jakieś świątyni, niby też w stylu Chińskim, no ale zdecydowanie nie to miejsce co Google pokazywało… Jak się okazało kilka dni później, to nie recepcjonistka czy taksówkarz nas zrobili w konia tylko… Google Maps. Że też nikt nie zrobił zdjęcia mojej miny, gdy kilka dni później pojechaliśmy ponownie w rzekome miejsce, gdzie miała być świątynia, a tam jej nie było, po czym, po porównaniu zdjęć z Google Grafika do naszych zdjęć doszliśmy do wniosku, że Pagodę tą przypadkiem odwiedziliśmy.
Pagoda Ba Thien Hau, bo o niej mowa jest świątynią, która została wybudowana w 1760 roku. W latach 1800, 1842, 1882, 1890 i 1916 świątynia była odnawiana. Do jej budowy częściowo wykorzystywano materiały przywiezione z Chin. Jest to jedna z najstarszych tego typu świątyń w Cho Ho Minh City. Pagoda poświęcona jest chińskiej bogini morza, Mazu.
Dzięki temu, że pagoda ulokowana jest nieco dalej od centrum nie dociera tutaj zbyt wiele turystów.
Po wejściu do świątyni nasze nozdrza wypełnił zapach kadzideł, czyli jakże charakterystycznego elementu, który towarzyszy każdej podróży do Azji. Tylko, że tutaj tych kadzideł było wyjątkowo dużo, można powiedzieć, że szło się wręcz w takiej małej zadymce. Niesamowicie dodawało to klimatu temu miejscu. Pagoda nie jest zbyt pokaźnych rozmiarów zatem zwiedzanie nie zajmuje zbyt wiele czasu. Niemniej jednak uważam, że naprawdę warto tutaj się wybrać, bo to miejsce ma coś w sobie.

Po wyjściu ze świątyni, zaczęliśmy rozmyślać o dalszym planie dnia. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy niedaleko Chinatown, to udamy się do serca dzielnicy, przy czym po drodze postanowiliśmy zobaczyć kolejną pagodę.
Pierwszą z nich była pagoda Quan Am jest to Pagoda, która została wybudowana w 1740 roku. Podzielona jest na dwie części, przecięte ulicą. Pierwsza część to dziedziniec ze sztucznym stawem i ogrodem. Druga część to przepiękna świątynia. Nie jest jednak ona poświęcona jednemu bóstwu, a wielu Bogom chińskiej religii ludowej, taoizmu i buddyzmu i faktycznie ilość ołtarzyków poświęconych różnym Bóstwom jest niemała i wyróżnia tą świątynie od innych.

Podczas zwiedzania świątyni zaczęło nas dość mocno suszyć, więc gdy tylko zobaczyliśmy, że przed świątynią jest Pani, która sprzedaje wodę kokosową, decyzja nie mogła być inna niż ta, że czas na przerwę. Zostaliśmy co najmniej lekko zaskoczeni tym kokosem. Nie wiem czy tam jakaś magia się działa, ale miałem wrażenie, że pomimo picia, wody tej nie ubywa. Serio był to chyba największy kokos z jakiego piłem wodę. Z drugiej strony to też dobrze, bo woda kokosowa to naturalny izotonik i skarbnica witamin i minerałów. Ponadto orzeźwia i gasi pragnienie, co przy upale w okolicy 40st jest wręcz zbawienne. Po nawodnieniu ruszyliśmy dalej w kierunku Chinatown.

Historia Chinatown sięga XVIII wieku, gdy chińscy kupcy wyemigrowali na te tereny tworząc enklawę.
Z biegiem lat Chinatown rozrastało się i przekształciło w dzielnicę handlową. Do dzisiaj handlowy charakter dzielnicy został zachowany. Odbywają się tutaj również wydarzenia kulturalne związane z chińskimi tradycjami.
Po wejściu do serca dzielnicy natrafiamy na przeróżne sklepy, w których można kupić dosłownie wszystko. Mógłbym się kręcić godzinami po uliczkach tej dzielnicy i chyba by mi się nie znudziło. Inna sprawa, że mógłbym mieć później problem uciągnąć walizkę, bo raczej z pustymi rękami bym stamtąd nie wyszedł. Niestety nie mieliśmy aż tyle czasu. No i całe szczęście, że w głowie pojawiły się głosy rozsądku, które to przypomniały mi, że zakupy robimy tuż przed wylotem w Hanoi. Z ciekawostek powiem Wam, że jest to też pierwsze miejsce w 2023 roku, w którym natknąłem się na świąteczne ozdoby i piosenki. Było to dość ciekawe zjawisko biorąc pod uwagę 40 stopni na plusie.

Będąc na jednej z uliczek zauważyliśmy również wieżę kościoła. Stwierdziliśmy, że skoro już jesteśmy w tym miejscu, to nie zaszkodzi nam zobaczyć go z bliska.
Kościół Świętego Franciszka Ksawerego został wybudowany na początku XX wieku, więc jak na nasze standardy jest on dość ,,młody”. Natomiast prawdę mówiąc mój mózg dostał zawiasa. No bo tak z jednej strony kościół katolicki, architektura klasyczna jak większość kościołów. Z drugiej strony dziedziniec zachowany w chińskim stylu architektonicznym. W końcu typowa chińska brama z ich szlaczkami, a nad nią krzyż. Naprawdę dla mnie to było ciekawe połączenie.
Niestety okazało się, że sama świątynia jest w remoncie, więc jej wnętrza nie zobaczymy.

Powoli zaczynał nas gonić czas, dlaczego postanowiliśmy złapać Graba, którego aplikację udało się skonfigurować Mateuszowi i wrócić do centrum.
Naszą kolejną atrakcją był Pałac Zjednoczenia, który został wybudowany na polecenie ostatniego prezydenta Wietnamu Południowego, Nguyễn Văn Thiệu. Jego uroczyste otwarcie odbyło się 31 października 1966 roku. Obecnie jest to perełka architektoniczna i historyczna. Wewnątrz Pałacu czas zatrzymał się w 1975 roku.
Z perspektywy czasu, mogę przyznać, że zrobił on na mnie niesamowite wrażenie. W pierwszej części zwiedzania mogliśmy zobaczyć bardziej oficjalną część Pałacu, w której znajdowały się różnego rodzaju sale bankietowe oraz gabinety najważniejszych osób w Państwie.
Następnie przeszliśmy do części Pałacu, w której znajdowała się część mieszkalna z sypialniami, salonem gier, a nawet kinem. Na dachu mieliśmy okazję zobaczyć helikopter, który zawsze tutaj stacjonował i był gotowy do startu o każdej porze dnia i nocy, w razie, gdyby prezydent musiał gdzieś się przemieścić. Zaraz koło śmigłowca znajdują się dwa okręgi, które wskazują punkty, na które zostały zrzucone bomby podczas próby zamachu w dniu 8 kwietnia 1975.
Gdy myśleliśmy, że będąc na dachu, pozostało nam zejście na parter i zakończenie zwiedzania, naszym oczom ukazał się znak… do podziemi, w których znajdował się w pełni wyposażony bunkier. Po wyjściu z bunkru mogliśmy zobaczyć jeszcze zaplecze Pałacu, w tym chociażby kuchnię. Ostatecznie zwiedzanie zajęło nam nieco więcej czasu niż się tego spodziewałem, natomiast naprawdę uważam, że każdy koniecznie musi zwiedzić ten Pałac.

Po zwiedzeniu Pałacu zaczęliśmy planować kolejną część dnia.
W pierwszej kolejności ruszyliśmy na Ben Thanh Market, czyli targ, na którym znajdziemy wszystko, poczynając od pamiątek, poprzez ubrania i jedzenie na rękodziele kończąc. Generalnie jest to miejsce mocno turystyczne, więc przebitka cenowa jest solidna i należy się targować. Nam udało się kupić kilka pamiątek, natomiast ostatecznie bardziej tam byliśmy z ciekawości niż dla zakupów, bowiem takowe planowaliśmy dopiero w Hanoi, tak żeby nie nosić zakupów przez cały Wietnam. Zaraz przy Targu znaleźliśmy placówkę wietnamskiego banku, w której był również kantor. Stwierdziliśmy, że to dobry moment na wymianę pozostałej części dolarów.

Chwilę później ponownie złapaliśmy Graba, po to by podjechać do dość ciekawej katolickiej świątyni. Kościół Tan Dinh wyróżnia się tym, że jest cały… różowy, zarówno w środku jak i na zewnątrz. Niestety okazało się, że ochroniarz nas nie wpuści, bowiem jest msza. To znaczy miała być, bo nic nie wskazywało na to, że zaraz takowa się odbędzie. Również tablica z informacjami o godzinach mszy na to nie wskazywała. Chciałem jeszcze spróbować ściemę walnąć, że skoro jesteśmy katolikami, jest 1 listopada, czyli Święto Wszystkich Świętych, które w Polsce jest ważnym świętem, to chcemy się pomodlić, natomiast widząc jaka jest bariera językowa, zrezygnowałem z tego pomysłu.

W międzyczasie wszystkich brzuszki zaczęły upominać się o jedzenie. Oddaliliśmy się nieco od świątyni i zaczęliśmy krążyć po w sumie mało turystycznych rejonach. W końcu trafiliśmy do małej knajpki, w której naszą obecnością zaskoczyliśmy rodzinkę, która obsługiwała ten lokal. Ogólnie musicie wiedzieć, że część knajpek to tak naprawdę wydzielona część mieszkania właścicieli i zazwyczaj lokal jest obsługiwany przez rodzinę. Oczywiście mówimy tutaj głównie o malutkich knajpach, gdzie żywią się głównie lokalsi. Zaletą takich miejsc jest świetne i bardzo tanie jedzenie. Minusem, które traktowałem jako wyzwanie, chociaż czasami powodowało to u mnie lekkie zirytowanie, to totalna bariera językowa, brak menu w języku angielskim, bardzo często brak obrazków na menu oraz standardowo dramatycznie źle działający Translator. Niemniej w tym lokalu udało dojść do porozumienia poprzez aplikację, na której można zamówić jedzenie, bo były w niej obrazki. Ostatecznie zgodnie z tym czego się spodziewaliśmy, dostaliśmy przepyszne jedzenie, pojedliśmy pod korek i zapłaciliśmy za to grosze.

Po zjedzeniu wróciliśmy do hotelu by wziąć prysznic i się ogarnąć. W międzyczasie wyjaśniła się też sytuacja z Martyną i jej okiem, więc ponownie byliśmy w komplecie. Naszym kolejnym celem była mała impreza, dlatego postanowiliśmy spakować się i zostawić na wierzchu tylko niezbędne rzeczy, bowiem kolejnego dnia mieliśmy wymeldować się z apartamentu.
Gdy wszyscy ogarnęli się, ruszyliśmy Grabem na Bui Vien Walking Street, czyli główną imprezownie w Ho Chi Minh City. Faktycznie po wejściu na wspomnianą ulicę poczuliśmy imprezową atmosferę.
Ludzie idący środkiem ulicy, głośna muzyka z klubów, dużo świateł, wszechobecni promotorzy klubów, którzy czasami wręcz byli nachalni oraz Panie tańczące w klubach.
My stwierdziliśmy, że najpierw przejdziemy całą ulicę w jedną i drugą stronę, a następnie wejdziemy do klubu, który nam najbardziej podejdzie.
Klimat klubu, który wybraliśmy był naprawdę zacny, minusem była zdecydowanie zbyt głośna muzyka, w wyniku czego znów zacząłem mieć lekki problem z błędnikiem. Poważnym minusem była cena piwa, która była wręcz wyższa niż w krakowskich klubach. Oczywiście spodziewaliśmy się przebitki, ale nie aż tak poważnej.
Ostatecznie po jednym piwie wyszliśmy z klubu, po to by kontynuować imprezę w apartamencie. Niemniej niczego nie żałowaliśmy, uważam, że warto chociaż raz podczas wyjazdu poczuć lokalny klimat imprezowy.

To już koniec pierwszej części relacji z Wietnamu. Następnego dnia rano ruszyliśmy autokarem do Phan Thiet, ale na to zapraszam już do drugiej części relacji.