W ostatniej części wrócimy do popularnych turystycznych miejscówek w Wietnamie. Popłyniemy na wyspę Cat Ba, a stamtąd wypłyniemy w przepiękny rejs do na Ha Long. Po kilku dniach pojedziemy do stolicy Wietnamu, czyli do Hanoi. Niestety Ten etap podróży nie był dla mnie najlepszy pod względem zdrowia, o czym przeczytacie w artykule. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie wpłynie to na odbiór relacji z wyjazdu.
Dzień 15 – Przejazd na Cat Ba.
Tego dnia żegnaliśmy się z Ninh Binh, co szczerze mówiąc było trochę smutne, bo uważam, że to miasteczko i okolice mają naprawdę wiele ciekawych rzeczy do zaoferowania i co więcej nie jest jeszcze ono bardzo turystyczne. Oczywistym jest, że codziennie przyjeżdża tutaj sporo wycieczek z Hanoi, ale po ,,godzinach szczytu” życie płynie tutaj zupełnie innym tempem i jest taki spokój, którego nie spotkaliśmy nigdzie indziej w Wietnamie.
Naszym kolejnym celem była wyspa Cat Ba. Na przejazd na wyspę kupiliśmy bilet na wcale nie tani dziewięcioosobowy ,,Vip Bus”. Jak się okazało znów zostaliśmy wrobieni, bowiem zamiast busa podstawił się średniej wielkości autokar z tak ciasno ustawionymi fotelami, że nawet ja, przy wzroście 170cm miałem poważny problem ze zmieszczeniem się między siedzeniami. Na domiar złego czas przejazdu był znacznie dłuższy niż było to określone w planie podróży. Powiedzieć, że byłem bardzo wkurzony na tą sytuację to powiedzieć tyle co nic, zwłaszcza, że moja dziewczyna też niezbyt dobrze się czuła tego dnia, a ,,komfort” podróży jeszcze pogorszył jej stan.

Transfer na wyspę odbywał się zdezelowanym promem, na który wjeżdżają również autokary. Po przepłynięciu pozostała nam jeszcze godzina podróży.
Właściwie tego dnia nie robiliśmy już nic specjalnego. Postanowiliśmy odpocząć przed kolejnym bardzo ciekawym dniem, jedyne co to wieczorem znaleźliśmy bardzo smaczną knajpkę.
Dzień 16 – Rejs po Ha Long.
Drugi dzień na Cat Ba zaczął się wczesnym szybkim hotelowym śniadaniem. Tego dnia mieliśmy w planie najpiękniejszą atrakcję podczas naszej podróży do Wietnamu.
Po śniadaniu podjechał po nas bus którym zostaliśmy podwiezieni do portu. Kilka minut później zaczęliśmy rejs po zatoce Ha Long.
Jeszcze w porcie wydawało się, że przy tak dużej liczbie statków, które wypływały na rejs, raczej nie zaznamy spokoju. Na szczęście obawy te nie potwierdziły się. Zatoka jest bowiem tak duża (1500km2 i ponad 1900 wysepek), że w zasięgu wzroku mieliśmy pojedyncze statki.

Rejs odbywał się między wieloma malutkimi wysepkami. Część z nich to po prostu skały, które wrastają z morza na kilka, czasami kilkadziesiąt, a najwyższe nawet na 200 metrów w górę.
Po pewnym czasie dobiliśmy do przystani, na której przesiedliśmy się ze statku na kajaki. Tutaj już była lekka masakra, bo faktycznie ilość kajaków była pokaźna. Najgorsze były przepłynięcia przez jaskinie. Z jednej strony widok naprawdę piękny, z drugiej strony przy takiej ilości kajaków jaskinie te blokowały się. Niemniej jednak prawie dwie godziny wiosłowania w tak przepięknym miejscu były warte przemęczenia tych jaskiń. A swoją drogą tak zastanawiam się bardzo poważnie, po co ktoś wchodzi na kajak, skoro ani ta osoba, ani jej partner nie umieją na nim pływać? Znaczy ja miałem z tego niezły ubaw, bo przy przystani działy się cyrki niepojęte, ale myślę, że tym, którzy walczyli z opanowaniem podstaw wiosłowania, nie było do śmiechu.
Wróciliśmy na statek, na którym nasze nozdrza zaczął wypełniać wspaniały zapach z kuchni. Chwilę po odpłynięciu z przystani został podany obiad. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że była to ryba, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie to tak pyszne danie. Najedliśmy się pod korek.
Po kilku minutach rejsu, wpłynęliśmy do przeuroczej zatoczki, w której zaplanowana była kolejna długa przerwa w rejsie. Tym razem chętni mogli przepłynąć na brzeg i przejść się po tamtejszych jaskiniach. Dla bardziej walniętych (czytaj, głównie my), była opcja skakania z górnego pokładu statku wprost do morza. Zabawa przednia. Ale tak po prawdzie spodziewałem się, że na zatoce będzie możliwość Snorkelingu. W końcu na wielu zdjęciach można zobaczyć jak bardzo czysta jest woda w zatoce Ha Long. No, to powiem Wam, że czystość i przejrzystość wody jest chyba jeszcze gorsza niż w Kołobrzegu. Pod tym względem nie polecam nastawiać się na cokolwiek.
Przerwa w zatoczce minęła bardzo szybko i czas było ruszać w dalszy rejs. Ostatnim naszym przystankiem była wioska rybacka. Są to malutkie, pływające wioski. W zależności od wielości na wysepce takiej znajduje się parę domków, czasami sklepy, warsztaty, a nawet niewielkie przetwórnie ryb. A ponieważ zatrzymaliśmy się w wiosce, skierowanej pod turystów, to znaleźliśmy tutaj tylko dwa domki, psa i kilka basenów, w których hoduje się ryby.
Podczas powrotu do portu mieliśmy jeszcze okazję podziwiać przepiękny zachód słońca. Niestety był to ostatni zachód słońca, który przyszło nam podziwiać w Wietnamie. Od następnego dnia zapowiadane było wyraźne popsucie pogody.
Dzień 17 & 18 – Wietnam, ale jak nad Bałtykiem.
Prognozy pogody sprawdziły się i rano padał deszcz. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Werka nie najlepiej się czuła, natomiast u mnie zaczęła pojawiać się dziwna wysypka. I właściwie tak minął kolejny dzień.
Następnego dnia już nie padało, ale postanowiliśmy zrobić całkiem dzień na luzie. Część poszła w jedną stronę, druga część w drugą stronę, a ja sam na sam z Werką w jeszcze inną stronę. Na Cat Ba warto przejść się na spacer wzdłuż brzegu po klifie. W ten sposób można trafić na dwie przepiękne plaże. Bardzo żałowaliśmy, że nie było słońca, bo chętnie byśmy się tam poopalali. W zamian za to postanowiliśmy pójść na masaż stóp, czyli specjalność Wietnamu. Serio, na każdym kroku są punkty, w których można oddać swoje ciało rozkoszy. Oferty są zróżnicowane, ale zawsze jest jedna stała pozycja w ofercie, czyli masaż stóp. Bardzo przyjemna sprawa, a przy tym również śmiesznie tania w porównaniu do cen w Polsce.
Niestety moja wysypka powiększała się i medykamenty polecone w aptece nic nie pomagały. Całe szczęście, że kolejnego dnia zwijaliśmy się do Hanoi.
Powiem szczerze, że miałem wielki żal, że Cat Ba tak bardzo nam nie wyszła. Pomijając rejs po zatoce Ha Long, resztę dni pamiętam nieco jak wyjęte z życia. Zdecydowanie będę musiał tam kiedyś wrócić.
Dzień 19 – Przejazd do Hanoi i klinika.
Z samego rana już wiedziałem, że jest bardzo źle, byłem solidnie opuchnięty. Nie pozostało nic innego, jak zadzwonić do ubezpieczyciela, by załatwić jakąś wizytę w Hanoi. Trochę obawiałem się czasu reakcji, bowiem w Polsce był środek nocy. Niemniej jednak po krótkiej rozmowie z robotem, a później konsultantem, udało się załatwić wizytę w klinice.
Sam powrót do Hanoi był pozytywnym zaskoczeniem. Raczej spodziewałem się czegoś pokroju tego autokaru z Ninh Binh i po części się to sprawdziło, ale tylko po części. Faktycznie odcinek z centrum miasta do portu realizowany był przez dość niewygodny autokar, ale nie wjeżdżał on na prom. Połączenie z wyspy na stały ląd realizowane było przez szybki, malutki prom, a na stałym lądzie czekał na nas bus typu VIP, który podwiózł nas bezpośrednio pod hotel. No i o ile podróż z Ninh Binh na Cat Ba znacząco się wydłużyła, tak podróż z Cat Ba do Hanoi znacząco się skróciła. Do tego stopnia, że musieliśmy chwilę poczekać na możliwość zameldowania się w pokoju. Także można powiedzieć, że jestem kwita co do punktualności w Wietnamem.
Po zameldowaniu, zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do kliniki. Na miejscu pojawił się mały problem, bo ubezpieczyciel nie zgłosił faktu, że pojawię się, niemniej jednak jak zobaczyli co się dzieje, to postanowili mnie natychmiast przyjąć.
Z rozmowy wynikało, że najlepszym rozwiązaniem będzie strzał ze strzykawki. Po krótkiej chwili okazało się, że albo źle zrozumiałem, albo Pani coś przekręciła, bowiem czekała na mnie kroplówka. Nie było mi z tym zbyt do śmiechu, bowiem moje żyły to mendy, w które ciężko się wstrzelić. Stres i opuchlizna wcale nie pomagały. Trzech lekarzy próbowało przez ponad pół godziny próbowało się wbić w różne miejsca, za każdym razem pudłując. Dopiero, gdy przyszedł kolejny lekarz, tym razem pediatra, udało się wbić w żyłę.
Samo podanie kroplówki trwało kwadrans, po którym musiałem jeszcze chwilę poleżeć, żeby sprawdzić czy nie ma żadnej negatywnej reakcji organizmu. Po rozliczeniu poszliśmy jeszcze do apteki, po leki, które zostały mi zapisane. Co ciekawe, w Wietnamie nie dostaje się leków tak jak w Polsce, czyli pełne opakowanie. Poszczególne leki pakowane są w woreczki strunowe, które są opisane dla kogo jest ten lek, jakie jest jego dawkowanie, a ilość leku jest dokładnie taka, ile zaplanowanych jest dawek.
Jeszcze chciałbym tutaj wspomnieć o bardzo szybkim rozliczeniu się z ubezpieczycielem. Po przesłaniu dokumentacji medycznej i recepty, na zwrot poniesionych kosztów czekałem dwa dni robocze. AXA robisz to dobrze.
A na szczególne podziękowania zasługuje moja Werka oraz Byku za towarzyszenie i wsparcie podczas zaliczania tej nieplanowanej ,,atrakcji” w Hanoi.
Gdy wróciliśmy do hotelu kroplówka zaczęła działać. Opuchlizna stawała się coraz mniejsza, przestało mnie wszystko swędzieć i resztę dnia przespałem. Ostatecznie moje podejrzenia skierowane są do mydła. Mianowicie pakowałem się na minimum, miałem zaledwie cztery podkoszulki, tyle samo majtek i par skarpetek. Dopóki przepierałem je w mydle, które zakupiłem w Polsce, nie miałem żadnych problemów. Gdy zacząłem przepierać je w wietnamskim mydle to po kilku dniach zaczęły się problemy. Czy jest to słuszne spostrzeżenie? Nie mam pojęcia. Wiem, że po powrocie do Polski, problem sam znikł i już się nie powtórzył.
Dzień 20 – zwiedzanie Hanoi i Wodny Teatr Lalek.
Nas przedostatni dzień w Wietnamie zaczęliśmy od szybkiego Banh Mi, a następnie zaczęliśmy szybkie i dość pobieżne zwiedzanie Hanoi.
Pierwszym miejscem, które zwiedziliśmy była Pagoda Tran Quoc, która wybudowana jest na malutkiej wysepce na Jeziorze Zachodnim. Jest to najstarsza Pagoda w Hanoi o 1500-letniej historii. Mimo tłumów ludzi, Pagoda zachwyca i ma pewien specyficzny klimat, którego ciężko opisać.
Dosłownie kilka minut później doszliśmy do świątyni Quan Thanh. Świątynia została wybudowana w 1010 roku. W tym miejscu było już znacznie mniej osób i w sumie trochę się nie dziwię. Za wstęp trzeba zapłacić aż 1,58PLN, a do zobaczenia w sumie tam nie za wiele jest. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego wszelkie przewodniki piszą o tym, że jest to absolutne must see.
Kolejnym przystankiem podczas naszego spaceru była Cesarska Cytadela Thăng Long, a raczej pozostałości tego co z niej zostało, bowiem w latach 1885-1954 w dużej mierze została wyburzona przez Francuzów. W jej miejscu powstały wtedy koszary.
Wcześniej, przez 800 lat, do roku 1810 była siedzibą wietnamskiego dworu. Obecnie na terenie cytadeli znajdują się dwie bramy, wieża flagowa, pałac tylni, budynek D67 i bunkier. Jest też kilka mniejszych budynków, w których znajdują się wystawy.
Po krótkiej wizycie w Cytadeli udaliśmy się do chyba najciekawszej i najładniejszej świątyni w Hanoi, a mianowicie do świątyni literatury.
Jest to świątynia wybudowana w 1010 roku. Początkowo pełniła funkcję wyłącznie religijną. Po kilku latach stała się również miejscem edukacji, najpierw tylko dla sfer wyższych i członków rodziny królewskiej, a później dla wszystkich. W ten sposób powstał pierwszy Uniwersytet w Wietnamie.
Kształcenie odbywało się tutaj na kilku kierunkach, takich jak: administracja, polityka, historia Chin, literatura, poezja i etyka. Studia na tej uczelni były bardzo trudne. W ciągu 700 lat dyplom ukończenia szkoły otrzymało 2313 uczniów. Najzdolniejsi studenci egzaminowani byli przez samego króla, który wybierał trójkę najlepszych absolwentów. Warto dodać, że uczelnia była oblegana, bowiem uzyskanie dyplomu dawało możliwość pracy w państwowej administracji.
Świątynia otoczona jest wysokimi murami, co w połączeniu z wszechobecną zielenią, tworzy wrażenie oazy spokoju w samym sercu sajgonu jakim jest Hanoi.
Na terenie świątyni jest pięć dziedzińców. Pierwsze dwa dziedzińce to właściwie takie małe parki, gdzie można odpocząć od zgiełku miasta. Na trzecim dziedzińcu znajduje się Studnia Niebiańskiej Czystości. Uwagę przykuwają tutaj kamienne żółwie z nazwiskami najzdolniejszych absolwentów uczelni. Czwarty, nazywany Dziedzińcem Sanktuarium Mądrości to dziedziniec z salami, w których znajdują się ołtarze z podobiznami Konfucjusza i jego czterema najbliższymi uczniami i wyróżnionymi filozofami. Na ostatnim dziedzińcu znajduje się zrekonstruowany budynek Uniwersytetu, wraz z salą ceremonialną, muzeum, wielkim dzwonem oraz ołtarzami z podobiznami monarchów, którzy przyczynili się do powstania i rozwoju uczelni.
Osobiście byłem zachwycony kompleksem świątynnym. Pomimo tego, że było naprawdę dużo turystów to panował taki specyficzny spokój. Sam układ i architektura kompleksu również zrobiła na mnie duże wrażenie.
Będąc w Hanoi, nie mogliśmy odmówić sobie przejażdżki Rikszą rowerową. Uprzedzając pytania, tak trzeba było twardo negocjować, by cena przejazdu była akceptowalna, a i tak zdaję sobie sprawę z tego, że srogo przepłaciliśmy w stosunku do tego, gdybyśmy wzięli Graba. No ale jakoś nie mogliśmy się powstrzymać.
Skoro już o przemieszczaniu się mowa. Centrum Hanoi to jeden wielki chaos i Sajgon. W Sajgonie nie było takiego zamieszania jak tutaj. Są uliczki, gdzie korek jest non stop, dźwięki klaksonów od godziny 6 rano do późnej nocy to codzienność. Skutery pojawiające się znikąd to również codzienność. Chyba nigdzie nie spotkałem się z czymś podobnym. Warto tez dodać, że Grab zawiezie Cię w każde miejsce, ale nie z każdego miejsca Cię odbierze. Chociażby nasz hotel, był w strefie, w której odbiór był blokowany przez aplikację i trzeba było kawałek przejść.
Po krótkiej wycieczce Rikszą zupełnie przypadkiem trafiliśmy pod katedrę św. Józefa. Niestety nie było dane nam do niej wejść, więc kontynuowaliśmy naszą wycieczkę (tym razem już piechotą) do ostatniej świątyni, którą chcieliśmy zobaczyć w Hanoi.
Świątynia Ngọc Sơn Temple została wybudowana w XIX wieku na malutkiej wysepce na Jeziorze Zwróconego Miecza. Świątynia składa hołd Tran Hung Dao, który był największym dowódcą wojskowym podczas panowania dynastii Tran. Dodatkowo świątynia składa hołd Van Xuong De Quanowi, bogu dobrobytu w starożytnej chińskiej kulturze i filozofii taoistycznej. Do świątyni dostaliśmy się przez most Huc. Jest to drewniany most, utrzymany w stylu buddyjskim. Odbija on światło słoneczne, co według wierzeń przynosi miastu szczęście. Szczerze powiedziawszy nie ma tutaj nic specjalnego, ale skoro byliśmy w tej okolicy to czemu by nie zobaczyć.
Tymczasem nasze brzuchy zaczynały dopominać się o jedzonko. Udało nam się trafić do dość smacznej, nieco droższej knajpki z kuchnią koreańską. Była to dość dobra podstawka na wieczór.
Wieczorem wybraliśmy się na spektakl do kultowego Wodnego Teatru Lalek. Sam zamysł to unikat na skalę światową. Swój początek miał 1000 lat temu i do tej pory jedynym miejscem na świecie, gdzie można zobaczyć takie spektakle jest właśnie Wietnam i to w sumie tylko w kilku miejscach, a najbardziej znany jest właśnie Thang Long Water Puppet Theater w Hanoi.
Spektakle odbywają się kilka razy dziennie i rezerwacji trzeba dokonywać ze sporym wyprzedzeniem. Pomimo tego, że spektakl odbywa się w języku wietnamskim, to wykonanie jest takie, że każdy bez problemu zrozumie przesłanie. Spektakle opowiadają o historii, kulturze i codziennym życiu w Wietnamie, a także o legendach. To wszystko w towarzystwie specjalnej muzyki na żywo, zwanej cheo.
Spektakl robi ogromne wrażenie i o ile początkowo byłem nieco sceptyczny, o tyle teraz mogę z czystym sercem powiedzieć, że tak, warto się tutaj wybrać i to pomimo faktu, że bilet nie jest tani jak na ceny w Wietnamie.

Po zakończonym spektaklu złapaliśmy Graba i pojechaliśmy do centrum handlowego, zrobić zakupy przed powrotem do Polski. Ku naszemu zaskoczeniu, trafiliśmy jednocześnie na wieżowiec, na którym znajduje się taras widokowy. Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie takiej atrakcji.
Zakupy były dość solidne. Przepiękne pałeczki, suszone mango, różnego rodzaju słodycze, kawa i herbata. To było dla mnie coś obowiązkowego, jeżeli chodzi o zakupy. Jedyne co mnie zastanawiało, to jak ja się z tym wszystkim zmieszczę do walizki.
Dzień 21 – ostatnie chwile w Wietnamie.
Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w Wietnamie. Wraz z Werką postanowiliśmy rano podjechać w rejon Mauzoleum Ho Chi Minh. Nie nastawialiśmy się na zobaczenia go od środka, bowiem zazwyczaj w listopadzie ciało Wujka Ho jest wysyłane do Rosji na ponowne balsamowanie. Niemniej chcieliśmy zobaczyć okolicę. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy przy wejściu do Mauzoleum zobaczyliśmy potężną kolejkę. Nie pozostało nam nic innego jak w niej stanąć, w sumie nie do końca wiadomo po co, ale skoro kolejka jest, to znaczy, że coś musi być na rzeczy. Po kontroli bagażu, który był bardziej przetrzepany jak bagaż na niemieckich lotniskach, dowiedzieliśmy się, że w 2023 roku, ciało Ho Chi Minh-a zostało wysłane na balsamowanie już w sierpniu. Okazało się również, że weszliśmy w ostatniej chwili, bowiem Mauzoleum, jak i cały teren wokół niego otwarte są do godziny 11:00.

Wejście do Mauzoleum otoczone jest wojskiem, w środku ruch gości musi się odbywać płynnie, nie ma postoju, nie ma możliwości robienia zdjęć (notabene cały sprzęt został zabrany do depozytu na wejściu).
Oprócz najważniejszego punktu, jakim było obejście ciała Ho Chi Minh-a, na terenie kompleksu możemy zobaczyć budynki, w których mieszkał i pracował Ho Chi Minh. W niektórych urządzone są małe wystawy. Można również zobaczyć samochody, którymi wódz przemieszczał się. Znajdują się tutaj również przepiękne ogrody i Świątynia na Jednej Kolumnie, która ma przypominać kwiat lotosu wyrastający z wody. Przed wyjściem można również wejść do muzeum związanego z Ho Chi Minh, niestety zamykało się ono, gdy chcieliśmy wejść.
Skoro nie udało nam się wejść do muzeum Ho Chi Minh, podeszliśmy do innego muzeum, a mianowicie Muzeum Kobiet. Przyznam szczerze, że nigdy nie miałem takich wątpliwości przed wejściem do jakiegokolwiek muzeum (poza wszelkimi muzeami sztuki współczesnej) jak właśnie do tego. Trochę obawiałem się, że będzie zbyt krzykliwie, do bólu feministycznie, a tymczasem… A tymczasem muzeum zafascynowało mnie tak bardzo, że gdyby nie fakt, że mieliśmy mocno ograniczony czas, a ja niezbyt dobrze się czułem po lekach, to mógłbym w nim spędzić cały dzień. Muzeum w sposób wybitnie ciekawy opowiada o roli kobiet w Wietnamie z rozróżnieniem na poszczególne plemienia. Pokazuje wiele ciekawych tradycji, obrzędy rodzinne, kulturę poszczególnych plemion. To wszystko obarczone jest bardzo ciekawymi opisami w języku angielskim, a często również nagraniami z różnych uroczystości.
Dawno nie byłem tak pozytywnie zaskoczony muzeum i żałuję, że samopoczucie nie pozwoliło mi na dłuższe zwiedzanie.
Po powrocie do hotelu odpoczęliśmy chwilę, a następnie poszliśmy coś zjeść i zaliczyć kilka sklepów z pamiątkami.
Powrót do Krakowa z przygodami.
Zgodnie z ustaleniami w recepcji hotelu, nasz kierowca podstawił się o wyznaczonej godzinie. Wzięliśmy spory zapas czasu biorąc pod uwagę korki w Hanoi. Na nasze szczęście korków nie było, natomiast bardzo poważnie zastanawiałem się czy kierowca nie miał jakiś praktyk w jeździe samochodem, prawdopodobnie BMW w Polsce. Całkiem poważnie, przeskakiwanie z pasa na pas, dosiadanie na zderzak innym, ciągły klakson i dyskoteka długimi światłami. Że nie wspomnę o prędkości. Zdecydowanie nietypowa jazda jak na Wietnam, bo o ile wcześniej wspomniałem, że w Wietnamie panuje chaos na drogach i przepisy są dość luźno traktowane, tak na Boga, nawet kierowcy na tablicach KLI jeżdżą dynamiczniej. Samo lotnisko w Hanoi, tak samo jak i w Ho Chi Minh ledwo wyrabia z kontrolą paszportową, także trzeba być chwilę wcześniej.
Ogólnie sam lot do Dubaju nie był problematyczny, zero turbulencji, aż do momentu zniżania do lotniska. Początkowo nie mogłem uwierzyć, gdy Martyna powiedziała, że się błyska, ale jak się okazało faktycznie nad Dubaj przyszła burza i byliśmy jednym z ostatnich samolotów, który wylądował. Co gorsza burza ta zalała zarówno Dubaj jak i lotnisko, przez co mieliśmy prawie dwie godziny opóźnienia na starcie do Warszawy. A to nam się nie uśmiechało, bowiem zarezerwowaliśmy jeden z ostatnich biletów na pociąg do Krakowa.
Jak się bowiem okazało, wszystkie pociągi po godzinie 16 z Warszawy do Krakowa mają już tyle wykupionych biletów, że została zablokowana sprzedaż nawet biletów bez gwarancji miejsca siedzącego. Ostatnie bilety były za 150PLN na pociąg EIC. Pozostałe opcje, czyli FlixBus, a nawet PLL LOT miały tak wywindowane ceny biletów, że było to dla nas absolutnie nieakceptowalne. I uprzedzając pytania, dlaczego ja, ten który tak dobrze wszystko ogarnia, nie sprawdziłem dostępności biletów, gdy byliśmy w Wietnamie. No cóż portal naszego wspaniałego przewoźnika międzymiastowego, jakim jest PKP IC, blokował mi połączenie z wietnamskiej sieci.
Na szczęście podczas lotu do Warszawy udało się nieco nadrobić opóźnienia i bez problemu zdążyliśmy na pociąg do Krakowa. Totalnie padnięci pojawiliśmy się w domu około godziny 18.
Podsumowanie.
Wyjazd do Wietnamu był najdłuższym i najbardziej intensywnym wyjazdem w moim życiu. Oczywiście, nie miałem zobaczyć wszystkiego w tym kraju, co za tym idzie raczej na pewno tam wrócę za parę lat. Natomiast po tych trzech tygodniach nie czuję do tego kraju aż takiej ,,miłości” jak chociażby do Tajlandii czy Jordanii, o Włoszech nie wspominając.
Powiem szczerze, że być może nawet zbyt nakręciłem się na ten kraj. Nastawiłem na zupełnie co innego niż to co spotkałem. Aczkolwiek nie znaczy, że było źle, wprost przeciwnie, było wspaniale, ale brakowało mi tego czegoś, jakiegoś efektu wow i to zarówno w tych miejscach, które zwiedziłem jak i w kuchni wietnamskiej.
Wkrótce będą pojawiać się artykuły dotyczące poszczególnych regionów, będę w nich opisywać szczegółowo co warto zobaczyć, czego nie warto zobaczyć i co bym zmienił w podejściu do zwiedzania danego regionu.
Na koniec chciałbym podziękować mojej paczce, która ze mną poleciała, Weronika, Agnieszka, Martyna, Ania, Mateusz i Byku. Bez nich ten wyjazd nie były taki sam. Dzięki za cierpliwość do mnie, do moich pomysłów i cóż… widzimy się w październiku w kolejnym dalekim kraju!







































