Po dziewięciu dniach spędzonych na wyspie Jawa, o której rozpisywałem się bardzo obszernie w dwóch pierwszych częściach, czas wsiąść w samolot i po krótkim locie wylądować na rajskiej wyspie Bali. Czy oby na pewno ta wyspa jest tak rajska jak ją opisują? Czym różni się od mało turystycznej Jawy? Na to i wiele innych pytań postaram się opowiedzieć w trzeciej części relacji z podróży po Indonezji.
- Wstęp.
- Dzień 10 – Zmiana wyspy, zmiana kultury, zmiana klimatu.
- Dzień 11 – Scam na surfing.
- Dzień 12 – Ubudu i spółka.
- Dzień 13 – Manty, Rybki, Żółwie i inne Małpy.
- Dzień 14 – Spontaniczne ukrywanie się przed słońcem. Ostatni zachód słońca na Bali.
- Dzień 15 i 16 – Powrót.
- Podsumowanie.
Wstęp.
Podobnie jak w drugiej części relacji, również i w tym przypadku chciałbym podkreślić, że artykuł jest częścią ,,opowieści”, w której opisuje swoje przygody w Indonezji. Nie jest to poradnik podróżniczy (ale fakt, planuję napisać osobny artykuł o organizacji podróży do Indonezji), nie jest to reklama jakiegoś biura podróży, tylko faktycznie to co przeżyłem i zobaczyłem. Moje opinie mogą nie mieć nic wspólnego z ogólnie przyjętą narracją, ba mogą nawet nie pokrywać się z opiniami moich współtowarzyszów podróży.
Przed rozpoczęciem lektury zachęcam do zapoznania się z dwiema poprzednimi częściami (Dżakarta, Yogyakarta) bowiem może się zdarzyć tak, że będą do nich odwołania w tymże artykule.
Dzień 10 – Zmiana wyspy, zmiana kultury, zmiana klimatu.
Podczas planowania podróży uznałem, że ten dzień będzie idealny, żeby odespać dotychczasowy urlop. Weźmiemy i kulturalnie kupimy sobie bilet na lot popołudniowy, tak by się wyspać, a jednocześnie by posiedzieć chociaż chwilę na plaży na Bali.
Cóż plan był zacny, nie da się tego ukryć. Niestety sprawa się rypła, bowiem podczas zakupu biletów popołudniowy samolot był już niedostępny, a nawet więcej, całkowicie zniknął z rozkładu lotów.
Zatem pozostał nam poranny lot o 7:00, czyli znowu pobudka o co najmniej chorej porze. Tyle, że sprawa znów się rypła, chociaż tym razem można powiedzieć, że nam się fartło, bowiem linie lotnicze przełożyły lot na 08:30. Cóż, to typowe w Indonezji. W ogóle indonezyjskie linie lotnicze to jest jakiś stan umysłu i to nie jedyne przejścia, które mieliśmy w związku z lotami krajowymi.
No cóż, nie pozostało nam nic innego jak rano jak i tak wstać bladym świtem, dopakować się i złapać Graba na lotnisko. Generalnie na lotnisko w Yogyakarta da się dojechać pociągiem, jednak ze względu na wczesną porę i w sumie niewielką różnicę cenową (przy pełnym samochodzie), postanowiliśmy nie korzystać z tego środka transportu.

Na lotnisku czekało nas zaskoczenie, bowiem na lotach krajowych w Indonezji nie obowiązują limity dotyczące wody. Po prostu 1,5l wody bez niczego przechodzi przez kontrolę bezpieczeństwa. Tak samo jak plecak bez wypakowywania elektroniki, po prostu niewiele ich to interesuje.
Kolejnym zaskoczeniem, a przynajmniej na pewno dla niektórych, może być fakt, że boarding odbywał się przez rękaw i to mimo faktu, że lecieliśmy tanią linią lotniczą. Piszę dla niektórych, bo z tego co zauważyłem i zapewne Ci, którzy mieli okazję podróżować po krajach azjatyckich, możliwe, że również to zauważyli, to tanie linie lotnicze w Azji bardzo chętnie korzystają z rękawów, jeżeli tylko takowe są dostępne, czyli jest to lekka różnica w stosunku do europejskich tanich linii lotniczych, które unikają rękawów jak ognia. Chociaż akurat ja jestem jednym z tych PAX-ów, który miał tą nietypową przyjemność wchodzić na pokład przez rękaw, zarówno na locie Ryanair (Amman) jak i Wizzair (Barcelona El-Prat wiele lat temu)

Nasz krótki, nieco ponad godzinny lot obsługiwał nieco wysłużony już Boeing B737-900ER (notabene bardzo rzadki model w Europie) należący do linii Lion Air. I ja wiem, że zaraz mi ktoś wypomni, że jak to leciałem Lion Air, skoro znam się na lotnictwie i powinienem wiedzieć, że to niebezpieczna linia lotnicza? No ja to wiem, zgadza się, ale że co mam z tym faktem zrobić, skoro było to jedyne dostępne bezpośrednie połączenie z Yogyakarta na Bali?
No i w sumie nie było jakoś źle. Jedyne co przeszkadzało to niepełnosprawne fotele, które rozkładały się przy silniejszym nacisku.
Pierwsze wrażenie po wylądowaniu na Bali? Budynek lotniska robi naprawdę fajny, rajski klimacik, firmy handlingowe działają w iście ślimaczym tempie, a samo lotnisko jest dramatycznie źle zorganizowane i oznakowane.
Serio, minęło naprawdę dużo czasu zanim doczekaliśmy się naszych walizek, a następnie znaleźliśmy postój Graba.
Po dojeździe do hotelu zostawiliśmy bagaże i w oczekiwaniu na możliwość zameldowania się poszliśmy na spacer po okolicy.
Od początku było widać, że Bali ma zupełnie inny klimat niż Jawa, o czym będę po trochu wspominał w dalszej części artykułu.
Nie mieliśmy żadnego konkretnego celu spaceru. Zaczęliśmy od niewielkiej, ale bardzo ładnej świątyni Dharmayana Temple. Ma ona około 200 lat i jest bardzo ładnie utrzymana. Jak w każdej tego typu świątyni, tak również i w tym miejscu nasze nozdrza zostały wypełnione zapachami przeróżnych kadzideł. Jeżeli liczycie na jakąś większą historię związaną z tą świątynią, to przykro mi, ale takowej nie ma. Od po prostu zwykła świątynia (i w dodatku otwarta) przy drodze, więc weszliśmy z ciekawości.
W ogóle w samej miejscowości Kuta buddyjskich świątyń jest całkiem sporo, jednak bardzo nieliczne są otwarte dla turystów, co po części jest nieco smutne, a z drugiej strony, biorąc pod uwagę jak niektórzy turyści traktują tą miejscowość, a traktują jak wielką imprezownię to trochę się nie dziwię, że wyznawcy buddyzmu, wolą by bydło do nich nie zaglądało.
No i właściwie w tym krótkim akapicie poruszyłem już dwie różnice jakie występują między Jawą, a Bali.
Po pierwsze, Bali jest wyspą buddyjską. Nie znajdziemy tutaj meczetów ani nie usłyszymy jakże charakterystycznego wezwania do modlitwy. W zamian za to, na całej wyspie znajdziemy różne świątynie, które wypełniają się wspaniałym zapachem kadzideł. Niektóre z nich są otwarte dla turystów, inne chronią się przed nimi wysokimi murami.
Po drugie na Bali, w przeciwieństwie do Jawy, turyści są wszechobecni i niestety bardzo często ukazują się w złym świetle. Osoby, które czytają artykuł i są z Krakowa, dobrze wiedzą jak potrafią się zachowywać brytyjscy turyści w nocy, gdy nadużyją odpowiednich trunków. W miejscowości Kuta sytuacja jest identyczna, tyle tylko, że do Brytyjczyków dołącza tu jeszcze jedna nacja, czyli Australijczycy, oni też potrafią dać czadu.
Właściwie od razu nasuwa mi się kolejna różnica, która wynika z pierwszego punktu i o której wspominałem przy okazji pierwszej części relacji, a mianowicie zwierzęta domowe. O ile na Jawie czymś powszechnym były koty, ze względu na swoją ważną pozycję w Islamie, o tyle w przypadku buddyzmu koty te zastępowane są przez psy. Takowe były absolutnie na każdym kroku. Na szczęście, mimo różnych artykułów, które przeczytałem przed wyjazdem, psy te są dość spokojne, albo przynajmniej takie odnoszę wrażenie po tym co spotykałem w Wietnamie.
Po wizycie w świątyni ruszyliśmy na dalszy spacer i po niezbyt długim czasie trafiliśmy na coś rodzaju głównej, imprezowej ulicy w miejscowości Kuta. Celowo przyszliśmy tutaj za dnia, by z ciekawości sprawdzić jak bardzo wygórowane ceny są w tutejszych klubach i pub-ach. Nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, gdy w większości przypadków ceny te były porównywalne do cen krakowskich, a przynajmniej wieczorami i w nocy, bowiem popołudniami w niektórych lokalach odbywają się happy hour, dzięki czemu jest znacznie taniej, ale i tak jak na indonezyjskie realia, te ceny były dość wysokie.
Będąc na głównej ulicy trafiliśmy również na bardzo ważne i smutne miejsce, a mianowicie na pomnik, który upamiętnia atak terrorystyczny z 12 października 2002 roku. Zginęło w nim około 200 osób, a ponad 300 osób zostało rannych. Większość ofiar była turystami. Ich imiona i nazwiska, podzielone ze względu na kraj pochodzenia. Niestety znajdziemy tutaj również nazwisko polskiej dziennikarki, Beaty Pawlak, która w momencie ataku była w podróży po Azji. Wyruszyła w marcu 2002 roku z Indii i dotarła do Indonezji przez Nepal, Tajlandię i Malezję.

W końcu trafiliśmy na boczną, być może nawet nieco podejrzaną uliczkę. A przynajmniej podejrzaną dla kogoś kto pierwszy raz jest w Azji i zapuszczona uliczka może wydawać mu się zagrożeniem. Ja natomiast widziałem na niej potencjał, by w końcu zjeść coś smacznego i względnie taniego. I nie zawiodłem się, bo już po chwili znalazłem knajpkę pełną lokalnych ludzi i dostawców jedzenia, czekających na odbiór zamówienia i którzy to wydawali się być zaskoczeni naszą obecnością w tym miejscu. Już te kilka czynników spowodowało, że ta knajpka mi się spodobała.
Mieszanką angielsko-indonezyjsko-polskiego dogadaliśmy się ze sprzedawcą co zamawiamy i po niedługim czasie nasz obiad był gotowy. Nie było w nim nic skomplikowanego, ot udko z kurczaka z ryżem, jakimś sosem i warzywami, ale ten brak skomplikowania powodował, że jedzenie było przepyszne. Ja nie wiem skąd oni mieli drób albo co do niego dodawali, ale naprawdę smak był wspaniały, a danie bardzo syte.
I właściwie ta kwestia restauracji to również spora różnica między Jawą, a Bali. Na Bali, żeby zjeść coś taniego i smacznego trzeba się naprawdę dobrze naszukać. Dominują knajpy pod turystów, z wysokimi cenami i jakością nieadekwatną do tych cen. Najlepszym przykładem była knajpka, która miała bardzo wysokie oceny, w której był multum turystów, a ceny tak podstawowego dania jak Sate Ayam były kilkukrotnie wyższe niż w Yogyakarta, a same szaszłyczki były znacznie mniejsze.
W międzyczasie nastał moment, w którym mogliśmy się zameldować, zatem ruszyliśmy do hotelu. Po zameldowaniu odpoczęliśmy chwilę, a następnie udaliśmy się na plażę. Akurat tak się dobrze złożyło, że najbliższa plaża była centralnie na wprost zachodzącego słońca, więc nie mogliśmy tego przegapić. A przy okazji jako zapalony spotter miałem frajdę, ponieważ niedaleko plaży było lotnisko, więc mogłem bawić się w fotografowanie lądujących samolotów na tle zachodzącego słońca.
Zachód słońca wyszedł połowicznie, bowiem krótko przed zajściem słońca za horyzont, zostało ono zasłonięte przez chmury, niemniej i tak było przepięknie.
Jeszcze przed całkowitym zmrokiem ruszyliśmy na spacer, po czymś rodzaju nadmorskiej promenady, gdzie aż roiło się od oferty szkółek surfingowych, z których mieliśmy skorzystać następnego dnia. Szkółki już powoli się zwijały, ale to był dość dobry moment na zapytanie o oferty szkółek i wybranie najbardziej korzystnej. Ceny były bardzo różne, zazwyczaj szkółki oferowały cuda na kiju albo zwrot pieniędzy (ta jasne), ale o tym później. Tak czy siak dowiedzieliśmy się, że najlepsze warunki do nauki panują rano, co akurat potwierdzało moje przypuszczenia, bowiem zazwyczaj mam takie skojarzenie, że to właśnie przed południem morze jest znacznie spokojniejsze niż popołudniu.
Przy okazji trafiliśmy również na lokalne biuro podróży, gdzie były oferowane różne wycieczki po Bali. Spotkaliśmy w nim Polaków, którzy wykupili tutaj wycieczkę na Nusa Penida i polecali nam to biuro ze względu na najlepsze ceny. Cóż trzeba było widzieć ich minę, gdy powiedziałem im, że za taką samą wycieczkę, zakupioną online zapłaciłem chyba około 100PLN mniej. A ta kwota robi sporą różnicę nawet na Bali.
Jeszcze przed powrotem do hotelu udaliśmy się do knajpki, która znajdowała się naprzeciwko niego i serwowała przysmaki bliskiego wschodu. Tak mnie jakoś naszło, że miałem ochotę na jakieś urozmaicenie, a oceny na google jeszcze bardziej mnie do tego zachęcały.
No cóż… to był jeden z największych zawodów podczas tego wyjazdu. Na jedzenie czekaliśmy ponad godzinę, a same dania nawet nie stały koło tego co jadłem w Jordanii. Skąd zatem te opinie? Nie wiem, ale przeczuwam jakiś scam. I nikt mi nie może wmówić, że obsługa 10 gości stanowi aż tak duży problem, że trzeba było tyle czekać, a o kwestię jakości jedzenia wolę przemilczeć.
Dzień 11 – Scam na surfing.
Zgodnie z założeniem wyjazdowym, pobyt na Bali miał być czasem, w którym przede wszystkim chcemy trochę odpocząć, dlatego też drugiego dnia pobytu na wyspie nie spieszyliśmy się nadto z pobudką.
Po zebraniu się z hotelu udaliśmy się na promenadę by jeszcze nieco ponegocjować ceny nauki pływania na surfingu. Aczkolwiek ponad cenę stawiałem jakość sprzętu, bowiem w niektórych przypadkach stan desek był delikatnie mówiąc kiepski.
W końcu znaleźliśmy szkółkę, której oferta wydawała się być obiecująca, ale ze względu na ograniczone możliwości sprzętowe musieliśmy się podzielić i część osób poszła szukać dalej.
Początkowo wszystko wyglądało dość obiecująco. Każdy z nas dostał swojego instruktora, który był wyjątkowo miły i jednocześnie zabawny.
Teoria i praktyka ,,na sucho” była dość szybka i zrozumiała, nadszedł zatem czas na wejście do wody i tutaj zaczęły się cyrki. Z falami walczyliśmy ponad godzinę z różnymi efektami, ale raczej bardziej w stronę kiepskich niż pozytywnych.
W końcu sam odpuściłem po tym, gdy jedna z fal dość mocno mną rzuciła w dno, co akurat nie było zbyt dużym problemem. Za to druga fala spowodowała, że pędnik z deski z całą mocą uderzył w udo i to już było mniej przyjemne, do tego stopnia, że po wyjściu z wody miałem przez chwilę problem z chodzeniem.
Inną sprawą był fakt, że nikt nas nie ostrzegł o tym, że deska jest aż tak chropowata i że koszulki są koniecznością, by nie zedrzeć skóry z brzucha. Wolicie nie wiedzieć jak mój brzuch wyglądał. Dodam tylko, że do końca wyjazdu nie wchodziłem do wody bez koszulki.
Ale dlaczego uważam, że to był scam? Bo żaden z instruktorów nie przyznał, że warunki są kiepskie do nauki. Dopiero pod koniec, po blisko dwóch godzinach bez efektu przyznali, że być może i fale nie są duże, ale są bardzo mocne przez co osoba, która się uczy pływać ma niewielkie szanse na utrzymanie równowagi.
No cóż, ale z drugiej strony, gdzie w Europie, albo nawet na całym świecie, będę miał szansę spróbować stanąć na desce sufingowej, pod okiem, ehkem ,,doświadczonego” instruktora za 30PLN za 2h? No raczej nigdzie.
Po zakończonej niepowodzeniem nauce wróciliśmy do hotelu by ogarnąć się z soli i odpocząć. Nie mieliśmy właściwie żadnych planów na dalszą część dnia, więc spontanicznie poszliśmy znów w stronę plaży, tym razem jednak skręcając w inną uliczkę, albo może raczej ulicę i trafiając na kolejną knajpkę, wypełnioną po brzegi lokalsami. Tym razem w końcu mogłem zjeść przepyszne krewetki.
A przy okazji spotkaliśmy ciekawą procesję. Niestety nie doszedłem do tego o co w niech chodziło.
Wieczorem standardowo pojawiliśmy się na plaży by podziwiać zachód słońca.
Podczas tego posiedzenia w oczy rzuciły mi się specyficzne pomniki, które były rozlokowane w kilku miejscach. Otóż okazuje się, że według lokalnych wierzeń, pomniki te mają chronić Kutę przed tsunami. Musicie bowiem wiedzieć, że ta miejscowość jest wyjątkowo narażona na takowy kataklizm. Obecnie miejscowość podzielona jest na kilka stref, które wyznaczają stopień ryzyka i niemal wszędzie można znaleźć informację o drogach ewakuacji z tychże stref.
Dzień 12 – Ubudu i spółka.
Po dwóch spokojnych dniach nadszedł moment na pierwszą całodniową wycieczkę, która skupiona była na okolicach miejscowości Ubudu, czyli czegoś na rodzaj balijskiego Zakopanego.
Z samego rana kierowcy odebrali nas spod hotelu i ruszyliśmy na wycieczkę. Początkowo krajobrazy nie były zbyt ciekawe, poruszaliśmy się bowiem główną drogą, ale po pewnym czasie zjechaliśmy z niej na nieco mniej ruchliwą trasę, która od razu zrobiła się kręta z licznymi podjazdami i zjazdami. Podobnie jak w przypadku Jawy tak i na Bali, po wjeździe do dżungli, otaczała nas bujna i soczysta zieleń, której nie spotkałem nigdzie wcześniej.
Naszym pierwszym przystankiem była plantacja ryżu Tegalalang. Jak wspomniałem w pierwszym artykule, byliśmy już na takowej podczas wycieczki na Jawie, ale te dwie plantacje znacząco różniły się od siebie.
Ta na Jawie była rozległym polem, natomiast w przypadku Bali mieliśmy do czynienia z tarasami ryżowymi. Tarasowa metoda uprawy ryżu na Bali jest znacznie bardziej popularna i efektywna, ze względu na fakt, że wyspa jest nie tylko mała, ale także ukształtowanie terenu na wyspie jest bardzo zróżnicowane przez co ciężko wygospodarować spory kawałek względnie płaskiego pola. Metoda ta ułatwia także utrzymanie wody w poletku.
Po dojeździe na miejsce przewodnik wytłumaczył nam jak poruszać się po tarasach, na co uważać i co koniecznie trzeba sfotografować, po czym mieliśmy czas wolny dla siebie.
Być może na zdjęciach tarasy te nie robią aż takiego wrażenia, ale trzeba przyznać, że różnice wysokości są dość znaczne i robi to duże wow.
Idąc ścieżką, którą zaproponował nam przewodnik robiliśmy ogromną ilość zdjęć i podziwialiśmy piękno tego, czego w Europie się nie uświadczy.
Oprócz przejścia i robienia zdjęć mogliśmy skorzystać z szerokiej oferty dodatkowych usług. Tak i tutaj dochodzimy do komercji, której nie było na Jawie.
Na tarasach można było skorzystać ze zjazdu tyrolką, wypożyczyć specjalne ubranie i zrobić sobie zdjęcia lub jakże popularne shorty na ogromnej huśtawce (na pewno to widzieliście na Insta lub TikTok-u). Oczywiście wszystko to za ciut chore pieniądze jak na Indonezję.
Po wizycie na tarasach ruszyliśmy dalej, ale nim gdziekolwiek dojechaliśmy to przed nami pojawił się ogromny korek, który znowu trochę przypomniał mi o Podhalu, a dokładniej o naszej wspaniałej Zakopiance. Aczkolwiek jak już odstaliśmy swoje to okazało się, że porównanie było nieco nie na miejscu, bowiem korek wynikał z wypadku, albo raczej może z wpadki jaką było zapadnięcie się ciężarówki do studzienki. W sumie o ile wiem to takiej sytuacji na Zakopiance jeszcze nie było.
Dojechaliśmy do drugiego przystanku, który już od początku planowania podróży, intrygował mnie najbardziej spośród wszystkich punktów na tej wycieczce.
Był to słynny las w Ubudu. A ponieważ jest słynny i uchodzi za obowiązkowy punkt do zobaczenia na Bali to było w nim dość tłoczno i to nie tylko od ludzi.
Las położony jest na ponad 12 ha, więc nie jest to jakiś ogromny las, nawet jak na miejskie warunki (dla porównania Las Wolski w Krakowie ma 419 ha). W lesie rośnie ponad 100 różnych gatunków drzew, w tym również rzadkich i zagrożonych wyginięciem.
Pośród tych drzew zbudowane są trzy świątynie. Wszystkie były wybudowane około 1350 roku i wszystkie z nich były zamknięte podczas naszej wizyty. Zresztą tak jak wspomniałem przy okazji pierwszego dnia, temat świątyń jest dość specyficznym tematem na Bali.

Ale tak naprawdę my jak i tłumy pozostałych turystów nie przyjechaliśmy tutaj by podziwiać drzewa czy świątynie, albo po prostu od tak sobie pochodzić.
W tym słynnym lesie żyje około 1300 makaków balijskich. Praktycznie na każdym kroku można było spotkać te zwierzęta. Niektóre były bardziej skłonne do spotkania, inne nieco mniej. Jedne pozowały do zdjęć, inne tylko czaiły się jak dobrać się do jedzenia, które jest w plecakach.
Co istotne to nie jest tak, że te 1300 makaków sobie żyje razem w zgodzie i harmonii. Tworzą one kilka grup, które czasami się spotykają i walczą o terytorium, a w okresie suchym, także o dostęp do rzeki.
W parku spędziliśmy dość sporo czasu, nawet trochę pogubiliśmy się, ale uważam, że był to zdecydowanie dobrze spędzony czas. Powiem więcej, o ile Bali mnie nie zachwyciło (w stosunku do Jawy), to faktycznie uważam, że jeżeli już ktoś przyleci na wyspę to koniecznie powinien zobaczyć ten park.
Po powrocie do samochodu kierowcy zadali nam kluczowe pytanie, czy chcemy jesteśmy głodni. Odpowiedź brzmiała oczywiście, że jesteśmy głodni, ale nie chcemy jeść na wycieczce. Wiedzieliśmy bowiem, że na 100% ponownie trafimy do knajpki ze słabym jedzeniem, które jest robione pod wycieczki i za które trzeba zapłacić horrendarną cenę.
Kolejnym przystankiem była plantacja kawy Kopi Luwak, ale przemilczę ten punkt, bo nie warto o nim pisać. To nie miało nic wspólnego z tym co widzieliśmy na Jawie… Ale przynajmniej smaczną herbatkę wypiłem (oczywiście dodatkowo płatna).
Ostatnim przystankiem był wodospad Tegenungan. Jest to niewielki wodospad, który jako jedyny na Bali znajduje się nie w górach, a już na nizinach. Sam wodospad może i nie robi wielkiego szału, ale za to panorama, podczas schodzenia do niego, jest wprost oszałamiająca.
Bardzo fajną sprawą było to, że istnieje możliwość zanurzenia się w niewielkim jeziorku, które tworzy wodospad.
Nie wiem, czy jest sens większego rozpisywania się o tej atrakcji. Resztę może niech opowiedzą zdjęcia.
Nadszedł czas powrotu do hotelu. Podróż powrotna, pomimo rozpoczynających się godzin szczytu nie trwała nadzwyczaj długo. W hotelu zostawiliśmy zbędne rzeczy i udaliśmy się do knajpki, w której jedliśmy pierwszego dnia przepyszne kurczaki.
Tym razem nie poszliśmy na zachód słońca, bowiem kolejnego dnia czekała nas kolejna wczesno poranna pobudka na kolejną wycieczkę. Ale tym razem nie była to wycieczka samochodowa.
Dzień 13 – Manty, Rybki, Żółwie i inne Małpy.
Przedostatni dzień naszego pobytu na Bali ponownie rozpoczęliśmy wczesnym porankiem, gdy podjechał po nas kierowca i zawiózł na przystań, z której mieliśmy rozpocząć naszą wycieczkę.
Byliśmy dość wcześnie, dlatego skusiliśmy się na śniadanie na przystani. Oczywiście nie muszę wspominać, że cena była nieadekwatna do indonezyjskich cen, ale w sumie, skoro ten dzień miał być na bogato, to też w taki sposób trzeba go zacząć.
Po zjedzeniu solidnego śniadania nadszedł czas na zbiórkę. Jako że rano przy przystani był dość solidny odpływ to nim dostaliśmy się na właściwy statek, musieliśmy najpierw przejść nieco po plaży, następnie wejść na malutką łódeczkę i dopiero później rozgościliśmy się na naszym statku.

Na dobry początek rejsu zostaliśmy zapoznani z planem dnia, zasadami bezpieczeństwa, a także otrzymaliśmy maski, rurki i płetwy. Dla chętnych były również dostępne kapoki.
Po około godzinie rejsu dopłynęliśmy do pierwszego spotu. Pierwszego, najbardziej epickiego i niestety najbardziej tłocznego, bo o ile w pozostałych przypadkach wycieczki rozdzielają się po całym wybrzeżu wyspy Nusa Penida, o tyle wyłącznie w jednym miejscu można spotkać największą atrakcję tego dnia, czyli Manty, znane również pod nazwą Diabła Morskiego.
I faktycznie zaraz po wejściu do wody i dopłynięcia do tłumku ludzi, było można zaobserwować te ogromne ryby. Niestety tego dnia warunki nie były idealne przez dość spore fale, które nie tylko powodowały mniejszą widoczność pod wodą, ale także spychały ludzi na siebie, a tych gorzej pływających, również na skalny brzeg.
Również samo zachowanie tej dziczy było dość kiepskie. Gdy tylko był komunikat, że płynie manta, to ludzie, zamiast spokojnie włożyć głowę pod wodę i obserwować, to nurkowali… i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że do odbicia się i szybszego zanurkowania wykorzystywali odbicie od innych ludzi. Oczywiście nie wszyscy tak się zachowywali, ale część osób owszem. Na szczęście obyło się bez jakiegoś przykrego incydentu, aczkolwiek był problem ze znalezieniem wszystkich osób, gdy mieliśmy wypływać dalej.

Drugi i trzeci spot był już znacznie spokojniejszy. W obu przypadkach był to przystanek w niewielkich zatoczkach z cudownie turkusową wodą, w której widoczność sięgała, no w sumie to nie wiem jakiej głębokości, ale myślę, że spokojnie było tam z 15m. Tego typu spotów jest dość sporo, dzięki czemu nie było już tak tłoczno jak w przypadku pierwszego punktu. Aczkolwiek w tych zatokach nie było już Mant, ale za to była cała masa innych, przepięknych rybek i to w niektórych przypadkach całych ławic. Podobno przy skałach zauważono także żółwia, ale niestety to przegapiłem.
Po zaliczeniu trzech spotów przybiliśmy do brzegu, gdzie czekały na nas samochody, którymi dojechaliśmy do restauracji. Miałem trochę obiekcje do jedzenia w takim miejscu, no bo wiecie, znowu jest to jedzenie robione pod turystów, a w tym przypadku widać było, że jest to totalna masówka. No ale ostatecznie jedzenie nie było takie złe. Oczywiście nie miało to nic wspólnego ze smakami, które spotkaliśmy na street food, ale można było sobie tym solidnie pojeść, a przede wszystkim nie wywołało to skutków ubocznych w postaci posiadówki na tronie.
Chociaż tak prawdę mówiąc, o ile jedzenie nie zrobiło na mnie jakiegoś wrażenia, to znaczy w sumie żadnego, o tyle położenie restauracji było naprawdę zacne.
Była ona położona nad klifem, z którego rozpościerały się przepiękne widoki. Dodatkowo można było przejść się na spacer na położony nieopodal punkt widokowy. Był też instaspot z balijską bramą i widokiem na morze. Naprawdę miejsce robiące wielkie wow, ale nie aż tak wielkie w stosunku do tego, co nas czekało dalej.
Po zebraniu grupy ruszyliśmy na dalszą wycieczkę. Tym razem czekała nas przejażdżka po wyspie w celu dotarcia do kolejnego słynnego punktu. Ale nim tam dotarliśmy czekała nas przejazd w stylu ekstremalnym. To znaczy droga może i była w fatalnym stanie, ale mimo wszystko była asfaltowa. Natomiast słowo ekstremalnie odnosi się do stylu jazdy kierowców. To, że nie doszło do żadnej kolizji uważam za cud, tym bardziej patrząc na tamtejsze samochody. Niemal każdy z nich miał ślady obcierki lub kolizji, a lusterka boczne trzymały się na taśmach klejących.
Punkt, do którego dojechaliśmy pojawia się często gęsto na przeróżnych portalach społecznościowych i broszurach reklamowych, związanych z Bali, ale jeszcze nie zdradzę co to za miejsce.
Początkowo spacer nie robił wielkiego wrażenia. Na miejscu powitały nas sklepiki, knajpki i wiele naciągaczy. Dalej doszliśmy do punktu widokowego, w którym przewodnik robił nam zdjęcia i powiedział kilka zdań na temat tego miejsca i ustalił godzinę zbiórki. Po przejściu mniej popularnymi punktami widokowymi doszliśmy w końcu do tego najsłynniejszego, a mianowicie do klifu Kelingking, a właściwie punktu widokowego ze słynnymi instaschodami. Klif z góry rzekomo przypomina T-Rexa, ale jakoś osobiście nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Natomiast, pomijając dzikie tłumy ludzi i kilka małp, samo miejsce było niesamowite i strasznie żałowałem, że nie mieliśmy na tyle czasu by zejść na przepiękną plażę położoną u stóp klifu. Podobno zejście zajmuje 40min, wyjście około godzinę. Ale spokojnie, pewien azjatycki inwestor wpadł na pomysł wybudowania potężnej windy widokowej, która będzie łączyła szczyt klifu ze wspomnianą plażą. Myślę, że co bardziej kumaci to wiedzą o którym narodzie mowa.
Jak dla mnie inwestycja ta całkowicie zniszczy urok tego miejsca, a być może nawet i lokalny ekosystem.
No dobra, ale co jest ze mną nie tak, że aż tak bardzo zachwalam miejsce, które jest skrajnie skomercjalizowane i idzie w jeszcze większą skrajność? No jakoś tak tym razem wyszło. Być może faktycznie te widoki mnie oczarowały, ale co by nie było, że nie jestem sobą, to czas włączyć hejt.
Słuchajta ilość ludzi na tym klifie, ilość robiących sobie zdjęcia na tych instaschodach była chora i idiotyczna. Tam był problem przejść. Gdybym miał zejść po schodach to bym musiał chyba strącić kilku żółtków, białych, czarnych i kolorowych, bo każdy jeden chciał zdjęcie na tych przereklamowanych schodach, tylko po to by być jednym z kilkuset, albo tysięcy ludzi dziennie, którzy wrzucają to dziadostwo na portale społecznościowe, ino tylko z odpowiednim wykadrowaniem, co by nie było widać innych ludzi. Koniec kącika hejterskiego.
Nadszedł czas na powrót na przystań i zadanie sobie egzystencjonalnego pytania: Czy my będziemy mieli czwarty spot? Ano będziemy mieli, bo nasza grupa, pomimo tego, że składała się z Polaków, Brytyjczyków, Australijczyków i kilku innych, spokojniejszych narodów, była na tyle zmobilizowana, że mieliśmy jeszcze trochę czasu.
Nie minęło wiele czasu od odbicia od brzegu, gdy otrzymaliśmy komunikat, że mamy szykować się do czwartego wodowania.
Aczkolwiek niestety nie trafiło nam się najlepiej, bowiem słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a woda była dość mętna po całym dniu, dlatego nasz przewodnik postanowił, że popłyniemy nieco dalej, ale tym razem bez udziału łodzi i korzystając z mocnego prądu, który ściągał nas na zachód. I faktycznie po chwili przejrzystość wody zacznie wzrosła, a naszym oczom ukazał się żółw. Tych żółwi na czwartym spocie zobaczyliśmy w sumie aż trzy.
Po powrocie na łódź rozpoczęliśmy powrót na Bali. Tym razem nie było już konieczności korzystania z mniejszej łódki, bowiem przypływ spowodował, że woda była prawie przy restauracjach.
Z przystani do hotelu odwiózł nas kierowca. Ostatecznie muszę przyznać, że wycieczka ta była absolutnie super udaną i pomimo, że nie była to tania atrakcja, to każdy kto lubi pływać i ma zajawkę do snorkelingu to powinien przemyśleć wykupienie takiej atrakcji podczas pobytu na Bali. Dawno nie wiedziałem tak przepięknych ryb i ich całych ławic. Pierwszy raz w życiu mogłem z bliska zobaczyć żółwia morskiego w naturalnym środowisku, a że o mantach nie wspomnę, bo być może był to jedyny raz, gdy zobaczyłem te stworzenia w morzu. Do tego przepiękne widoki podczas lądowej części wycieczki oraz podniesienie tętna podczas drogowej przeprawy przez Nusa Penida.
Dzień 14 – Spontaniczne ukrywanie się przed słońcem. Ostatni zachód słońca na Bali.
To był ostatni pełny dzień naszej wyprawy. Tego dnia nie miałem żadnego planu, co miało związek przede wszystkim z tym, że miałem serdecznie dość słońca. To znaczy nie tyle ja, co moja skóra i dlatego postanowiłem dać jej święty spokój, co by ta nie odwdzięczyła się w samolocie następnego dnia.
Po tym, gdy łaskawie wyszliśmy z łóżka, a następnie z hotelu, złapaliśmy Graba to pobliskiej galerii handlowej. Jednakże tym razem, po raz pierwszy skusiłem się na Graba w wersji skuterowej, bowiem musicie wiedzieć, że Grab, podobnie jak i Bolt i Uber w Polsce, posiadają różne standardy przejazdów. W Polsce zaczyna się to od najtańszej wersji, w której obecnie można spotkać samochody, których przegląd podbija Pan Staszek po znajomościach i idzie poprzez różne opcje, w których zmienia się standard samochodu oraz ewentualnie ilość pasażerów, którzy mogą jechać danym samochodem. W Azji jest tak samo, ale jest jeszcze jedna wersja, która średnio się kalkuluje cenowo (chyba, że miałbyś brać samochód na jedną osobę), ale świetnie kalkuluje się czasowo i jest to skuter.
Wraz z moją narzeczoną zamówiliśmy dwa skutery i już po kilku minutach byliśmy w galerii handlowej.
Trochę powłóczyliśmy się po różnych sklepach bez celu, ale jeden sklep był dla nas priorytetem, a mianowicie supermarket. Co prawda na locie krajowym z Bali do Dżakarty nie mieliśmy zbyt dużo zapasu wagowego, ale chcieliśmy kupić jakieś rzeczy, które nawiązują do Bali i w sumie faktycznie trochę tych zakupów nam wyszło, poczynając od herbat, poprzez kawy, a na magnesach kończąc.
Z zakupami wróciliśmy do hotelu i udaliśmy się na spacer do wypatrzonego przeze mnie salonu masażu, w którym skusiliśmy się na masaż nóg. Był on naprawdę cudowny i odprężający, a co najważniejsze bardzo tani.
Wieczorem udaliśmy się na ostatni zachód słońca podczas tego wyjazdu.

Dzień 15 i 16 – Powrót.
Kolejnego dnia z rana złapaliśmy Graba na lotnisko i zaczęliśmy długi i wyczerpujący powrót do Polski.
Pierwszym etapem był lot z Bali do Dżakarty, który trwał około 1,5h. Przelot ten realizowaliśmy linią AirAsia, czyli azjatyckim odpowiednikiem Wizzair-a. Chociaż tak prawdę mówiąc nie mieliśmy lecieć tymi liniami lotniczymi, tylko indonezyjską, niewielką linia Transnusa. Jednakże około dwa miesiące przed wylotem coś złego zaczęło dziać się z tą linią i z tym konkretnym połączniem, bowiem bardzo często lot był odwoływany. Ostatecznie postanowiłem zmienić bilet na droższy, ale przynajmniej w AirAsia jest pewność, że lot ten będzie wykonany, chyba że zadziałają jakieś siły wyższe. I wiecie co? Dzień przed wylotem dostałem maila od Transnusa, że faktycznie mój pierwotny lot jest odwołany i że mogę go zmienić na następny lot, dwie godziny później. Także uprzejmie donoszę, iż nie warto ryzykować i korzystać z Transnusa.

Po przylocie do Dżakarty odebraliśmy bagaże i przeszliśmy na Terminal, z którego miał odbywać się lot do Abu Dhabi. Najistotniejszym faktem było to, że w tym Terminalu znajdowała się przechowalnia bagażu, w której zostawiliśmy walizki. Nasz plan polegał na tym, że łapiemy Graba i jedziemy do sklepu po zakupy, bowiem o ile na locie krajowym mieliśmy 20kg bagażu rejestrowanego, o tyle taryfa Etihad zakładała 30kg tegoż bagażu, zatem trzeba było coś dopchać do walizek.
Na miejscu okazało się, że wybrany przez nas sklep nie ma aż tak ciekawego zaopatrzenia jak ten na Bali, ale mimo to udało nam się kupić różne sosy, indonezyjskie słodycze i parę innych pierdołek.
Po powrocie na lotnisko pożegnaliśmy się z częścią grupy, która miała lot tego samego dnia, ale kilka godzin później i ruszyliśmy w lotniskowy wir. W przypadku Dżakarty lotnisko nie jest jakoś wyjątkowo ciekawe i niestety ma ono spore przebitki cenowe na wszelkich produktach.
O 17:45 nadszedł czas boardingu, a co za tym idzie pożegnania z Indonezją.
Lot do Abu Dhabi był dość spokojny. W stolicy Emiratów czekała nas przesiadka, ale tym razem na tyle krótka, że nie opłacało się opuszczać lotniska, ale na tyle długa, by czas zaczynał się dłużyć, a zmęczenie solidnie dawać w kość.
Po czterech godzinach oczekiwania ruszyliśmy w dalszą podróż. Tym razem Etihad zaoferował nam darmową krioterapię, bowiem temperatura na pokładzie była tak niska, że wszyscy opatulali się we wszystko co mieli pod ręką. Aczkolwiek nasze zmęczenie było tak potężne, że jeszcze nim zostaliśmy wypchani ze stanowiska postojowego, to ja z Werką już spaliśmy i właściwie spaliśmy tak większość lotu. Dopiero na dwie godziny przed lądowaniem obudziło nas pytanie ,,chicken or beef”, zwiastujące śniadanie.
Po wylądowaniu w Wiedniu udaliśmy się kolejką na tamtejszy dworzec główny, na którym to zostawiliśmy walizki w skrytkach bagażowych. Tutaj ważna uwaga, że jeżeli ktoś chciałby zrobić tak jak my, to na stacji Wien Hauptbahnhof skrytki przyjmują wyłącznie monety, a przynajmniej tak było w październiku 2024.
Mieliśmy dość sporo czasu na pociąg, zatem skorzystaliśmy z przepięknej pogody i poszliśmy na spacer po Wiedniu. Co istotne byliśmy w tygodniu, zatem złapaliśmy się na ofertę lunch do jednej z restauracji, którą doskonale pamiętam z czasów dzieciństwa, znaczy chciałem napisać z czasów studiów, gdy wyłapywał człowiek bilety za 1PLN w PolskimBusie do Wiednia i po całym dniu zwiedzania miasta, zasiadał w tej knajpce i sączył piwo, które jest warzone na miejscu.
Po solidnym obiedzie i uraczeniu się solidnym, przepysznym, europejskim, ba lokalnym piwkiem, wróciliśmy na dworzec, odebraliśmy bagaże i niedługo potem wsiedliśmy do pociągu do Krakowa, w którym dość szybko zmęczenie dało się we znaki i ponownie większość podróży przespaliśmy.
Około 21:30 pociąg wtoczył się w perony na stacji Kraków Główny i tym samym nasza podróż dobiegła końca. Jako ciekawostkę dodam, że powrót, od wyjścia z hotelu do wejścia do domu trwał blisko 48h.

Podsumowanie.
Nasza dwutygodniowa podróż do Indonezji była wyjątkowo intensywna. Zwiedziliśmy kawał Jawy i liznęliśmy sąsiednią wyspę jaką jest Bali. Te dwie wyspy różnią się od siebie w sposób drastyczny i nie tylko jeżeli chodzi o to, że na Jawie turystów jest znikoma ilość, a na Bali tych turystów jest dużo, ale tutaj chodzi również o różnice kulturowe, w tym również te związane z religią.
Te dwie wyspy pomimo niewielkiej odległości od siebie (w najwęższym punkcie cieśniny to nieco ponad 2km) różnią się od siebie tak bardzo, że poleciłbym je dwóm skrajnym odmianą podróżników.
Z jednej strony Jawa, która jest mocno nieodkryta, ma w sobie masę dzikości i to pomimo tego, że w aglomeracji Dżakarty mieszka ponad 30mln ludzi. Jest to idealne miejsce dla miłośników natury, backpakersów, którzy lubią miejsca nienaznaczone tak bardzo turystyką jak kurorty. Właściwie podczas pobytu na Jawie spotkaliśmy pojedynczych białych turystów i za każdym razem robiliśmy sensację wśród lokalsów.
Po drugiej stronie barykady, albo raczej cieśniny leży Bali, które… no cóż, jest mocno skomercjalizowane i sam nie mam za bardzo serca polecać tej wyspy, bo nie trafia ona w te klimaty, których poszukuje w Azji. Owszem na wypoczynek po intensywnym zwiedzaniu Jawy jest to miejsce idealne, ale tylko na kilka dni i tylko na raz. Następnym razem raczej już inna wyspa.
Osobiście do Indonezji zamierzam wrócić, po części, by zobaczyć to czego jeszcze nie zobaczyłem na Jawie, czyli na wschód od Yogyakarta jak i na zachód od Dżakarty. Do tego są setki innych wysp, które uważam, że warto zobaczyć.
Dziękuję za przeczytanie relacji i zapraszam do przeczytania pozostałych artykułów o Indonezji, a także relacji z innych podróży.

















































