Indonezja w dwa tygodnie – Część pierwsza – Dżakarta

Cześć! Witajcie w kolejnej relacji z podróży. Tym razem ruszamy do jeszcze nieco nieodkrytej Indonezji (no może pomijając Bali). Spędzimy razem dwa tygodnie na dwóch wyspach. W dwóch pierwszych częściach będziemy zwiedzać Jawę, a w trzeciej przelecimy z Jawy na rajskie Bali. To były niezwykle intensywne wakacje, dlatego artykuły są obszerne, a ilość zdjęć niemała, więc myślę, że będzie warto.

  1. Wstęp
  2. Dzień 0 – Małopolski Dworzec Autobusowy – Krótko i na temat.
  3. Dzień 1 – Przyjazd do Wiednia, Niedobry Leberkas, Przylot do Abu Dhabi, Wielki Meczet i Taksówka tańsza niż Uber.
  4. Dzień 2 – Przylot do Dżakarty, Zgubienie się na lotnisku, Zgubienie się w Galerii Handlowej i Street-Food bez sanepidu.
  5. Dzień 3 – Centrum Dżakarty, Stare Miasto, Stare i Nowe Chinatown.
  6. Dzień 4 – Ogród Botaniczny w Bogor i impreza u Chińczyka.
  7. Dzień 5 – Wulkan, Pola Ryżowe, Kopi Luwak i Gorące Źródła.

Wstęp

No to stało się, kolejne bilety zakupione, walizka spakowana, sprzęt fotograficzny przygotowany, a baterie w nim naładowane do granic możliwości. Te kilka oznak jasno świadczą o tym, że szykuje się kolejna wyprawa, ponownie do Azji, tak co bym nie był zbyt monotematyczny.

Tym razem maszyna losująca zaproponowała nam Indonezję. Słowo ,,losowanie” jest w tym przypadku bardzo na miejscu. Mianowicie nie planowaliśmy żadnej konkretnej destynacji w tym roku. Po prostu stwierdziliśmy, że skoro wiemy, które kraje chcemy zwiedzić, to raz na jakiś czas będziemy sprawdzać ceny biletów lotniczych. W końcu pewnego słonecznego poranka, wyświetliły mi się bilety lotnicze linii Etihad z Wiednia do Dżakarty z przesiadką w Abu Dhabi. Ich cena wynosiła 2,8tys PLN w obie strony, zatem było już wiadomo, że to właśnie Indonezja czeka na nas w tym roku.

Standardowo oprócz pełnej relacji już teraz zapraszam do przeczytania pozostałych artykułów dotyczących tego, jak się okazało niesamowicie interesującego i pięknego kraju. Jak tylko artykuły wyjdą spod mojego pióra, czy tam klawiatury, to będą tutaj wklejone linki.
Sama relacja będzie podzielona na trzy części co jest spowodowane bardzo wysoką intensywnością wyjazdu. Sama pierwsza część zajęła mi 14 stron A4, także no.

A teraz zapinajcie pasy, czas wystartować do Indonezji. No i nie zapomnijcie zorganizować sobie coś do przekąszenia i do picia. Życzę miłej lektury.

Dzień 0 – Małopolski Dworzec Autobusowy – Krótko i na temat.

23:59 wyruszyliśmy w trzy osoby w podróż z Krakowa do Wiednia. Dziękuję za uwagę. A nawet podkuszę się o zdjęcie.

Dzień 1 – Przyjazd do Wiednia, Niedobry Leberkas, Przylot do Abu Dhabi, Wielki Meczet i Taksówka tańsza niż Uber.

Wczesnym rankiem obudziły nas promienie słońca (tudzież żarówki, jeśli ktoś jest płaskoziemcem) wpadające przez okna autokaru. To był znak z kosmosu, że zbliża się ten moment, w którym wkrótce pojawimy się na lotnisku w Wiedniu. Duży plus dla Flixbusa, że ten kurs ma przystanek w na wiedeńskim lotnisku, oszczędziło nam to trochę czasu i parę Euro, które musielibyśmy wydać na pociąg z centrum Wiednia.

W ogóle mieliśmy sporo szczęścia z tym Flixbusem, bo gdy patrzyłem na ceny połączeń, to ten konkretny, bezpośredni kurs wychodził dość drogo. Do tego stopnia, że zastanawiałem się nad przejazdem do Katowic i złapaniu jakiegoś warszawskiego kursu do Wiednia. Niemniej jak się okazało, mieliśmy jakieś szczęście i w dzień, w którym planowałem kupić bilety, te były za rozsądną cenę, co oszczędziło nam nocnej przesiadki, która wymagałaby pójścia do któregoś z katowickich pub-ów, a to jak wiadomo, może grozić bólem głowy następnego dnia.

Po dojeździe na lotnisko, udaliśmy się do pobliskiego sklepu, by kupić coś na śniadanie. Nauczony wieloma wyjazdami wiem, że nic w Austrii nie smakuje lepiej na śniadanie niż Leberkas. No i to by się zgadzało, gdyby nie fakt, że chcieliśmy to coś zjeść w sieciówce sklepów, których nazwa zaczyna się na Bi, a kończy na -lla. W życiu gorszego Leberkas-a nie jadłem i wyjątkowo cieszyłem się, że siedzę w korytarzu i na końcu samolotu, tak, że w razie awarii miałem blisko do pokoju zwierzeń poposiłkowych.

Gdy już uraczyliśmy się tym wykwintnym śniadaniem, spotkaliśmy się z kolejnymi, dwiema osobami, które do Wiednia przyjechały już dzień wcześniej.
Na lotnisku nadaliśmy bagaż, a że było już grubo po 12 to udaliśmy się na małe lotniskowe piwko, które okazało się być czymś absolutnie przepysznym… albo po prostu mi się tak trafiło, bo inni wybrali gorsze. To znaczy z tą 12 to tak nie do końca było, ale no przyjmijmy, że chociażby w takiej Indonezji to już była prawie 15, ale wiecie, no trzeba organizm przystosowywać, co by Jetlagu nie było.

W końcu nadszedł moment boardingu. Jak wspomniałem we wstępie, tym roku najlepszą cenę zaoferowała nam linia Etihad. Za przelot na trasie Wiedeń – Abu Dhabi – Dżakarta zapłaciliśmy 2800PLN w obie strony.
Niestety nie jestem do końca zachwycony tą linią, a nawet powiem wprost, że trochę się zawiodłem, bo spodziewałem się czegoś pokroju Emirates, w końcu obie linie są z UEA i teoretycznie rywalizują między sobą.
Nie będę się jakoś szczegółowo rozpisywał, ale tak po krótce: w tylnej części samolotu jest bardzo mało miejsca na nogi (właściwie tylko kilka rzędów klasy ekonomicznej ma sporo tego miejsca), same fotele są niezbyt wygodne, jedzenie może nie jest złe (chociaż większość deserów jest niejadalna), ale daleko im do tego co oferuje Emirates, system rozrywki pokładowej również pozostawia trochę do życzenia, do tego wszystkie połączenia, którymi lecieliśmy były obsługiwane przez samoloty z rodziny B787, co samo z siebie jest wadą.
Oczywiście nie jest to tak złe jak niektóre europejskie linie, ale mimo wszystko spodziewałem się czegoś na wyższym poziomie.

Lot do Abu Dhabi trwał około 7 godzin, co jest dość pokaźnym wynikiem na tą trasę, ale wynikało to z niestabilnej sytuacji na bliskim wschodzie. W normalnej sytuacji samoloty z tej części Europy na półwysep arabski latają nad Turcją i Iranem. W okresie, w którym my lecieliśmy, loty odbywały się dłuższą trasą przez Egipt i Arabie Saudyjską, przy czym nasz rejs z jakiegoś powodu zrobił bardzo szeroki łuk lecąc prawie nad Medynę i dopiero tam zmieniając kurs na Emiraty.

Po wylądowaniu, szybko ogarnęliśmy, gdzie jesteśmy i jak mamy funkcjonować po czym złapaliśmy Ubera, którym podjechaliśmy do Wielkiego Meczetu.

Ja w Wielkim Meczecie już byłem przy okazji tygodniowego pobytu w Dubaju, jednakże widziałem go tylko za dnia, a tym razem była okazja zobaczenia go późnym wieczorem, chwilę przed zamknięciem.
Przyznam, że sporo zmieniło się od mojej pierwszej wizyty w 2016 roku. Właściwie to wszystko się zmieniło, poczynając od wejścia, poprzez wytyczenie ścieżek zwiedzania meczetu, a na rozbudowie infrastruktury wokół świątyni kończąc. Chociaż w sumie jak tak myślę to jednak nie wszystko się zmieniło. Na pewno nie zmienił się fakt, że meczet robi niesamowite wrażenie pod względem architektury i swojego ogromu. Dodatkowo ten ogrom podkreślany jest przez odpowiednie ustawienie podświetlenia.
A teraz Janusz, ważna informacja, nadal nie zmienił się fakt, że zwiedzanie meczetu możliwe jest za darmo, jeszcze raz podkreślam ZA DARMO. Janusz to jest uczciwa cena dla nas Polaków, my turyści, nam się takie atrakcje należą!

Wielki Meczet jest wielki, ale wbrew pozorom w skali światowej nie jest nawet w pierwszej dziesiątce. Obecnie w rankingu największych meczetów zajmuje 23 miejsce.
Jego budowa trwała 12 lat i kosztowała 545 milionów dolców, także no, trzeba przyznać, że grosza nie skąpili na budowę.
Pomimo, że nie jest to największy meczet świata to w Emiratach nie byliby sobą, gdyby nie dodali czegoś co bije jakiś rekord. Są trzy elementy w meczecie, które takowe rekordy posiadają.

  1. Największa kopuła na świecie, której średnica zewnętrzna wynosi 85 metrów. Ogólna ilość kopuł w meczecie to 82.
  2. Największy żyrandol na świecie, który ma 15 metrów wysokości i waży 12 ton. Oczywiście, że w Emiratach wszystko musi odpowiednio świecić, to do złocenia użyto 24 karatowego złota… w ilości 40kg. A za wykończenie służy tysiące kryształów od Swarovskiego. Łączna kwota wydana na tylko ten jeden żyrandol to około 30mln polskich złotych.
  3. Największy dywan na świecie, który ma aż 5600 metrów kwadratowych. Dywan waży zaledwie 47 ton i był tkany przez 2 lata. Łącznie przy jego tworzeniu brało udział 1200 tkaczy. Co ciekawe, gdy byłem za pierwszym razem, na dywan można było wejść, oczywiście uprzednio zdejmując obuwie. Obecnie wnętrze meczetu zwiedza się na platformach, które uniemożliwiają wejście na dywan. Cóż moi współtowarzysze musieli uwierzyć mi na słowo, że ten dywan jest nieprawdopodobnie miękki.

Chyba sami przyznacie, że na bogato im to wyszło?
Niestety na samo zwiedzanie nie mieliśmy zbyt wiele czasu, co wynikało z późnego przylotu do Abu Dhabi.
Naszym następnym celem było centrum miasta, w którym chcieliśmy urządzić nocny spacer i przy okazji zjeść małe co nieco. Nawet miałem upatrzoną knajpkę w tym celu.
Po chwili oczekiwania w klimatyzowanej wiacie przystankowej, podjechał autobus i jak się okazało, nie mogliśmy nim pojechać, gdyż aby pojechać takowym trzeba mieć specjalną kartę, której używa się do przejazdów komunikacją miejską. My takowej nie posiadaliśmy.

Żeby było ciekawiej, nie mieliśmy żadnej karty SIM do użycia w Abu Dhabi, bo zakładałem, że wszystko pójdzie jak po maśle z transportem, więc w sumie po co miałbym ją mieć? Poza tym wszędzie jest Wi-Fi. No jak się okazało, tak nie jest.

Za to zgodnie z tym co zapamiętałem z wyjazdu do Emiratów, mieszkają tam bardzo mili ludzie i gdy tylko ochroniarz zauważył, że właśnie zaczynamy być w głębokiej i ciemnej d…, szybko zaoferował nam on swoją pomoc.
Początkowo nawet kusiło, żeby poprosić go o wezwanie taksówki do centrum, jednak po krótkiej burzy mózgów stwierdziliśmy, że nie mamy pewności czy bez łączności uda nam się to zrobić w centrum w środku nocy, gdy nie będziemy mieli zbyt wiele zapasu na samolot. Dlatego ostatecznie poprosiliśmy ochroniarza, by wezwał nam taksówkę, która zawiezie nas na lotnisko.

I kolejne zaskoczenie, otóż zwykła taksówka wyszła nas znacznie taniej niż wcześniejszy Uber. Nie wiem, czy to wynikało z faktu, że w przypadku Ubera jechaliśmy z lotniska, a tym razem na lotnisko, czy po prostu zwykłe korporacje taksówkarskie postanowiły być konkurencyjne dla międzynarodowej firmy.

Po dojeździe na lotnisko sprawnie przeszliśmy wszelkie kontrole i zaczęliśmy zastanawiać się co można zrobić przez kolejne kilka godzin. Nowy terminal w Abu Dhabi jest bardzo ciekawy pod względem architektonicznym i świetnie rozwiązany pod względem układu Gate-ów. Przejście z jednego skrajnego punktu do innego skrajnego punktu nie zajmuje dłużej niż 20 minut. Na krótkie przesiadki to świetne rozwiązanie, ale na długie oczekiwanie, zwyczajnie nie ma co na tym lotnisku ze sobą zrobić, dlatego sporą część czasu spędziliśmy w jakże pożywnej restauracji McDonald ’s.

Niemniej uważam, że dość dobrze wykorzystaliśmy te blisko 8h przesiadki. Połowę tego czasu byliśmy poza lotniskiem, co dało możliwość zaczerpnięcia świeżego, pustynnego powietrza i przede wszystkim rozprostowania nóg, co było o tyle ważne, że po pierwszym trwającym około 7h locie, kolejny lot był przed nami, a ten miał trwać blisko 8h.

Dzień 2 – Przylot do Dżakarty, Zgubienie się na lotnisku, Zgubienie się w Galerii Handlowej i Street-Food bez sanepidu.

Po spokojnym, w połowie przespanym locie wylądowaliśmy w Dżakarcie. Teraz pozostały nam tylko formalności paszportowe, odebranie bagażu, załatwienie karty SIM, wymiana niezbędnej na pierwszy dzień gotówki i w końcu wyszliśmy z lotniska. Nadszedł w końcu moment, na który czekałem blisko rok. Otóż w końcu mogłem poczuć ten specyficzny klimat Azji południowo-wschodniej. Nagłe uderzenie upału, wysokiej wilgotności i specyficznego zapachu. To jest uczucie, które zawsze kojarzy mi się z pierwszymi chwilami w Azji.

Na spory minus na lotnisku w Dżakarcie zasługuje oznaczenie. Byłem już na bardzo wielu lotniskach i nigdy nie miałem problemu z dostaniem się do stacji kolejki kursującej do centrum. W tym przypadku oznaczenie było całkowicie niejasne.
Jak się okazało, najpierw trzeba skorzystać z kolejki lotniskowej, która łączy trzy terminale z dworcem kolejowym (ten odcinek jest bezpłatny), a następnie przesiąść się dopiero do właściwego pociągu.

Po dojeździe do centrum przesiedliśmy się do kolejnego pociągu i już wkrótce byliśmy na stacji kolejki, z której to, pozostało tylko przejście do hotelu, w którym to pojawiliśmy się zaledwie 3h po przylocie.  Proszę Pana, ja to mam bardzo dobry dojazd z tego lotniska do hotelu.
Nie będę wspominać o tym jakie epitety leciały na pomysł, by ze stacji kolejki przejść do hotelu pieszo. No ale w końcu co to dwa kilometry? Toż to w szczycie nie opłaca się brać Graba, wcale, ani trochę, a tym bardziej że z racji lokalizacji hotelu taksówka i tak nie podrzuci nas pod sam hotel. Uwierzcie mi, jakiż to był błąd z mojej strony.
Owszem te dwa kilometry to była najkrótsza trasa, ale prowadząca po uliczkach, gdzie ledwo jeden skuter się mieścił i które są tak zagęszczone, że google w pewnych miejscach całkowicie się gubił. Całe szczęście, że mieszkańcy tych uliczek byli chętni do pomocy.

To nie jest ta wąska uliczka.

Zresztą odnośnie do lokalizacji hotelu to miałem poważne wątpliwości. Zazwyczaj wąskie uliczki (do tego stopnia, że jeden samochód ledwo przechodził na szerokość) wzbudzały we mnie pewne obawy. Po pierwsze kojarzyły mi się trochę ze slumsami, a po drugie zawsze miałem wątpliwości co do bezpieczeństwa i to nie tylko ze względu na ludzi, ale również ze względu na psy (zwłaszcza po Wietnamie)
Jak się okazało, tym razem moje obawy były na wyrost. Może nie były to romantyczne włoskie uliczki, gdzie między balkonami można podawać sobie aperolka, ale zabudowa była całkowicie normalna i co najważniejsze nie śmierdziało. No, przynajmniej tak w miarę nie śmierdziało. Powiedzmy, że jak na Azję mieszanka zapachowa była akceptowalna. Co więcej nie było psów, a zamiast ich była bardzo duża ilość kotów. Były one praktycznie na każdym kroku i to mnie dość mocno zaskoczyło.
Podczas jednej z wycieczek przewodnik wytłumaczył nam, że taka sytuacja jest na całej wyspie Jawa, co wynika z religii. Otóż na Jawie dominującą religią jest Islam, w którym to koty zajmują szczególną pozycję. Dla mnie ta sytuacja była wprost idealna, w szczególności po Wietnamie, gdzie ilość psów na ulicach i ich dość agresywne zachowanie, zwłaszcza poza dużymi miastami były wprost męczące.

Po zameldowaniu w hotelu spotkaliśmy się z kolejną częścią ekipy, która przyleciała do Indonezji dzień wcześniej i dzięki której nie musieliśmy długo szukać miejscówki na jedzenie. Ale najpierw poszliśmy do pobliskiej galerii handlowej, gdzie skorzystaliśmy z kantoru. Niby nic istotnego, gdyby nie fakt, że po raz pierwszy w życiu, udało mi się… zgubić w galerii handlowej.
Całkiem serio piszę, w życiu tak złego oznaczenia nie widziałem, kręciliśmy się na lewo i prawo jak po solidnie zakrapianej imprezie, w trakcie szukania drogi do domu.
W końcu znaleźliśmy przejście do jakiegoś luksusowego hotelu, a co za tym idzie, alternatywne wyjście. Chociaż mam wrażenie, że obsługa dziwnie się na nas patrzyła.

Naszym kolejnym i ostatnim celem było jedzonko. Zgodnie z sugestią znajomych, którzy dolecieli dzień wcześniej, udaliśmy się na ulicę Agus Salim. Za dnia ulica ta wygląda wręcz kiepsko, wala się sporo śmieci, jest trochę brudno, ale wieczorem zamienia się ona w istny raj dla zwolenników Street-Food-ów. Na każdym kroku jest jakaś budka. Wyboru nie ułatwia fakt, że praktycznie przy każdej budce stołowało się sporo lokalsów, a to zaś jest sygnał, że jedzenie jest nie tylko tanie, ale również smaczne i świeże.
Pierwszego dnia postanowiłem nie szaleć z jedzeniem, tak by łagodnie przyzwyczaić mój żołądek do tamtejszej kultury bakteryjnej i ogólnie indonezyjskich smaków.
Wszedłem w najbardziej uniwersalne danie jakim jest Soto Ayam, czyli indonezyjski rosół.
Wywar jest podobny do tego polskiego, ale dodawana jest również trawa cytrynowa. Rosół jest bardzo delikatny i spożywany o każdej porze dnia i nocy. Dla miłośników ostrych dań, można go również doprawić sosem sambal.
W zupie pływa sobie mięso. Ja zamówiłem kurczaka, ale dostępne są bardzo różne warianty, w tym również opcja z podrobami.

Po solidnej kolacji, wróciliśmy do hotelu i rozpoczęliśmy pierwszą, wieczorną posiadówkę na hotelowym tarasie.

Dzień 3 – Centrum Dżakarty, Stare Miasto, Stare i Nowe Chinatown.

Pierwszy pełny dzień w Dżakarcie z założenia planowaliśmy poświęcić na kręcenie się po centrum miasta bez większego planu, tym bardziej, że przed wyjazdem miałem problem ze znalezieniem jednoznacznej informacji co warto zobaczyć w Dżakarcie, żeby nie powiedzieć, że głównie spotykałem się z informacją, iż nie warto zwiedzać tego miasta.
Ja jednak jestem z tych typów, który uważa, że takie określenie na stolicę Państwa jest absurdalne i koniecznie takie miasto trzeba zobaczyć i poczuć jego specyficzny klimat.

Zwiedzanie zaczęliśmy od obiektu, który był najbliżej naszego hotelu, czyli placu Monas na którym to znajduje się ogromny obelisk upamiętniający odzyskanie niepodległości od Holendrów. Budowę liczącego sobie 132 metry wysokości monumentu ukończono w 1975 roku. Obecnie jego potęgę nieco przyćmiewają okoliczne wieżowce.
Podczas ogarniania atrakcji, myślałem czy nie skorzystać z opcji tarasu widokowego, który znajduje się na szczycie monumentu, ale ze względu na długą kolejkę, a przede wszystkim bardzo kiepską widoczność tego dnia zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
Poza samym monumentem plac jest kompletnie nijaki, nie ma nic co by było ciekawe do zobaczenia, za to jest masę naciągaczy, na których w szczególności w tym miejscu trzeba uważać. Wiedzą oni doskonale, że jest to jeden z kilku obowiązkowych punktów do zobaczenia przez turystów (chociaż naprawdę nie wiem czemu tak jest) i że mogą oni wykorzystać to oferując przejazdy chociażby rikszami. ,,Good Price my Friend, good price. Are you from Poland? Dzień Dobry!” Tak, takie teksty są tam na porządku dziennym. Uważajcie na nich, bo podobno ten konkretny punkt jest miejscem, gdzie najczęściej nacina się turystów, a nawet samych mieszkańców.

Po wyjściu z placu ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Naszym kolejnym celem był meczet Istiqlal, ale zanim do niego dotarliśmy, zatrzymaliśmy się na małe śniadanie i pierwszego kokosa podczas naszego wyjazdu. Przy czym pisząc kokos, mam na myśli wodę ze świeżo otwartego kokosa, która jest wręcz zbawieniem przy azjatyckich upałach. Raz, że świetnie nawadnia, a dwa, że dostarcza bardzo dużo witamin i minerałów. No i przede wszystkim jest pyszna.
Na śniadanie natomiast siadły tamtejsze szaszłyczki z kurczaka w sosie orzechowym, czyli Sate Ayam.
W międzyczasie do Dżakarty doleciały dwie kolejne osoby z naszej paczki. Od teraz nasza grupa liczyła już 10 osób. 

Po dojściu do meczetu przebraliśmy się i musieliśmy poczekać chwilę na przewodnika. Nie ma innej możliwości zwiedzania meczetu niż właśnie z przewodnikiem, a zarówno Panie jak i Panowie otrzymują specjalne stroje, które wymagane są przez względy religijne. 

Meczet może poszczycić się mianem największego meczetu w Azji Południowo-Wschodniej. Jest to też ósmy największy meczet świata. W meczecie może pomieścić się 200 000 wiernych, co w porównaniu do 40 000 wiernych w Wielkim Meczecie w Abu Dhabi jest wręcz niewyobrażalną liczbą.

Samo zwiedzanie trwało niecałą godzinę, podczas której przewodnik opowiadał nam historię związaną z meczetem, chociaż trzeba przyznać, że nie sięga ona jakoś wyjątkowo wstecz w zakamarki historii, bowiem budowę meczetu ukończono w 1978 roku.

Akurat tak nam się trafiło, że podczas naszego zwiedzania rozpoczęło się wezwanie do modlitwy oraz sama modlitwa, dochodziło bowiem południe. I byłem tym samym bardzo ciekawy co będzie dalej, bowiem dosłownie kilka metrów dalej znajduje się katedra, a należy przypomnieć, że wyspa Jawa jest wyspą muzułmańską.
No i wybiła 12:00, a z katedry zaczął rozlegać się dźwięk dzwonu, co w połączeniu ze śpiewem Imama było dość nietypowym i symbolicznym połączeniem. Zresztą sam przewodnik zaznaczył, że owszem może i Jawa jest wyspą muzułmańską, natomiast w całej Indonezji przenikają się praktycznie wszystkie religie świata i mimo tego najważniejsze jest dla nich to, by żyć ze sobą w zgodzie. Ja wiem, że jest to kontrowersyjne, ale powiem szczerze, że chciałbym, by wszędzie na świecie było takie podejście, aczkolwiek dobrze wiem, że zapewne nigdy coś takiego się nie stanie.

Chyba nie będzie niczym dziwnym, że naszym kolejnym celem była wspomniana wcześniej katedra. Jest ona poświęcona Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Obecna katedra została konsekrowana w 1901 roku, ale pierwszy kościół w tym miejscu był wybudowany już w 1829 roku. Oczywiście nie robi to większego wrażenia, w stosunku do naprawdę bardzo starych świątyń w Europie, ale musicie wiedzieć, że do 1806 roku kościół katolicki był zakazany w Holenderskich Indiach Wschodnich. Dopiero, gdy Bonaparte ogłosił swojego brata, Ludwika, królem Holandii, katolicyzm mógł działać na tychże terenach.
Przy katedrze znajduje się również muzeum archidiecezjalne, do którego postanowiliśmy wejść, częściowo przez ciekawość, a częściowo przez konieczność schłodzenia się w klimatyzowanym pomieszczeniu. Co jak co, ale jednym z największych dla mnie problemów w pierwszy dzień w kraju Azji Południowo-Wschodniej nie jest flora bakteryjna albo Jetlag, tylko właśnie temperatura i wilgotność.

Muzeum okazało się niezbyt ciekawe, a w szczególności w porównaniu do tego co możemy zobaczyć w Polsce, chociażby w Gnieźnie, ale biorąc pod uwagę jak względnie krótko na tych terenach jest katolicyzm, to trochę ciężko wymagać jakiś wyjątkowych artefaktów.
Po wyjściu z muzeum podeszliśmy pod wejście do katedry. Już na parkingu coś mi nie grało, to znaczy grały mi organy z wnętrza katedry, ale nie pasowała duża ilość samochodów w tym limuzyna, a trzeba dodać, że to nie była niedziela. Miałem swoje przypuszczenia, które się potwierdziły kilka minut później. Otóż właśnie rozpoczynała się ceremonia ślubu.
W sumie trzeba mieć szczęście, by na wyspie muzułmańskiej, podczas próby zwiedzania jedynej świątyni katolickiej, którą mieliśmy w planach, akurat tak się trafiło, że w katedrze ktoś przeżywa swój najważniejszy dzień w życiu.

Ruszyliśmy dalej, a właściwie rozdzieliliśmy się. Część złapała Graba, czyli odpowiednik naszego Bolta i pojechała do Kota Tua. Tymczasem ja i druga część grupy również udała się w tym kierunku, ale z przystankiem w Indomaret, czyli odpowiednikiem naszej Żabki, gdzie można coś na szybko przekąsić. Po szybkim zapchaniu głoda wsiedliśmy do kolejki miejskiej, którą dojechaliśmy do Kota Tua, czyli czegoś na rodzaj starego miasta.
Wchodząc do tej niewielkiej dzielnicy można poczuć się jak w jakieś uroczej mieścinie w Europie. To oczywiście ponowne nawiązanie do dawnej kolonii Holenderskiej.
W dzielnicy niemal na każdym kroku można spotkać jakieś muzeum. Trochę żałuję, że nie miałem wystarczająco dużo czasu, by móc się po nich pokręcić, ale ponieważ uważam powrót na Jawę czymś obowiązkowym w moim życiu, to liczę na to, że podczas kolejnego wyjazdu uda mi się wygospodarować jeden dzień na zobaczenie kilku z nich.

W centralnym punkcie znajduje się plac Taman Fatahillah. Jest to nie tylko ważny punkt pod względem turystycznym, ale także miejsce spotkań mieszkańców Dżakarty. Podczas naszej wizyty, na placu odbywał się szkolny konkurs czegoś. Prawdę mówiąc nie wiem co to był za event, ale przypominało to trochę pokaz/konkurs lokalnego tańca albo coś w ten deseń.
Będąc na placu trzeba też uważać, podobno kręci się tutaj sporo różnego rodzaju oszustów, ale prawdę mówiąc nikogo takiego nie spotkałem.

Ze starego miasta jest rzut beretem do Glodok Chinatown, więc nie dyskutując zbyt długo postanowiliśmy udać się do tego miejsca. Początkowo kręciliśmy się bez większego celu po uliczkach, przez przypadek trafiając do osiemnastowiecznej chińskiej świątyni Yayasan Wihara Dharma Jaya TOASEBIO. Co prawda w samej świątyni nie ma niczego specjalnie historycznego, ale jak wielokrotnie wspominałem, uwielbiam klimat, który panuje w azjatyckich świątyniach, dlatego bardzo cieszyłem się, że spontanicznie trafiliśmy na nią.

W końcu weszliśmy w wąskie uliczki, które z każdej strony wypełnione były straganami, pomiędzy którymi z trudem przeciskali się ludzie i skutery. A ja to już byłem jak pojazd ponadgabarytowy, któremu trzeba usuwać się na bok, bo inaczej byłby problem przejść.
Na straganach standardowo było wszystko i nic, ale zostaliśmy zaproszeni do pewnego sklepiku, który wypełniony różnymi słodyczami, bakaliami, suszonymi owocami i przyprawami.
Kupiliśmy kilka różnych przysmaków na próbę, ale szczerze mówiąc to odradzam, bo ich smak był dość przeciętny. W ogóle słodycze w Indonezji są dość marne, a to zaś mnie trochę bolało.

Kilka kroków dalej zrobiliśmy kolejny przystanek, tym razem na świeże owoce. No i to była wręcz ambrozja dla kubków smakowych, a już w szczególności na uwagę zasługiwały malutkie ananasy, które były absurdalnie pyszne, słodziutkie i zaraz po pierwszym gryzie rozpływały się w ustach.

Solidnie pojedzeni owocami zaczęliśmy rozważać nad dalszym planem. Słońce powoli już zachodziło, ale było na tyle wcześnie, że powrót do hotelu byłby stratą cennego czasu.
Po kilku minutach czekaliśmy już na Graba i ruszyliśmy w korkach do oddalonego o około 15km ,,Nowego Chinatown”.

Prawdę mówiąc był to średnio rozsądny pomysł, by wybierać się na taką przejażdżkę w godzinach popołudniowego szczytu. Pomimo tego, że trasa prowadziła przez autostradę, przejazd tych 15km zajął nam ponad godzinę. Ale był tego pewien plus. W końcu mogliśmy się solidnie schłodzić w klimatyzowanym pojeździe. Nie wspominając o fakcie, że cały samochód oprócz mnie postanowił uciąć sobie krótką drzemkę. Dla chwytających za słówka, kierowca, podobnie jak ja, stwierdził, że woli jednak nie spać.

Po dojeździe na miejsce poczuliśmy się jakbyśmy wylądowali w zupełnie innym kraju. To znaczy nawet nie chodzi wyłącznie o nawiązanie do tradycyjnej chińskiej architektury, ale ogólnie o całokształt. Wszystko wypieszczone i zadbane, stworzony niesamowity klimat (którego notabene nie znajdziecie w Chinach), czystość, brak przykrego zapachu, wszystko pięknie podświetlone, zupełnie inaczej niż w centrum Dżakarty.
Oprócz pięknej architektury i (a jakby inaczej) świątyni w dzielnicy tej można zatrzymać się na wszelkiego typu jedzenie, za które trzeba odpowiednio więcej zapłacić niż na typowej ulicy ze street foodem. Nieco z przymusu, a nieco z ciekawości, również i my podkusiliśmy się o zamówienie czegoś do jedzenia, ale nie traktowaliśmy tego miejsca jako punkt na główny posiłek, bowiem takowy miał nastąpić nieco później.

Wracając do zwiedzania, właściwie opierało się ono wyłącznie na robieniu sporej ilości zdjęć i nagrań, nie ma właściwie niczego historycznego w tej dzielnicy.
Po wyjściu z Pantjoran Chinatown PIK poszliśmy udać się jeszcze na deptak nad rzeką. Po przejściu zaledwie kilku metrów uświadomiliśmy sobie, że nie tylko samo Chinatown jest tutaj tak wycackane, ale że tak wygląda cała duża dzielnica miasta, gdzie prawdopodobnie żyje bogatsza część społeczeństwa.

Deptak całkowicie nie przypominał tego do czego przywykłem w Azji, bardziej powiedziałbym, że był on w stylu Europejskim, a ceny na nim wręcz w stylu zachodniej części Europy. To samo mogę stwierdzić o samych ulicach i otoczeniu. Wszędzie czysto, równiutkie chodniki, ławeczki, kosze na śmieci, dużo zieleni, europejskie i amerykańskie sieciówki, drogie restauracje i jeszcze droższe hotele. Osiedla wybudowane na planach z Ameryki, ale budynki nieco bardziej w stylu nowoczesnej europejskiej architektury. Wszystkie wjazdy na osiedla chronione bramą ze strażnikami. Wisienką na torcie jest ogromne pole golfowe.
Definitywnie miejsce to jest przeznaczona dla bogatych ludzi i szczerze mówiąc całkowicie nie oddaje klimatu Indonezji. Chociaż z drugiej strony pokazuje to również jak ogromny przekrój społeczeństwa mieszka w Dżakarcie.

W końcu postanowiliśmy wrócić do centrum. Tym razem poszło nieco szybciej przez mniejsze korki i nieco bardziej napalonego kierowcę. Nie wiem, być może odbywał praktyki w Polsce z jazdy pewnymi dwoma markami samochodów, do których z jakiegoś powodu przykleili się miłośnicy robienia dyskotek długimi światłami na każdej drodze, która posiada więcej niż jeden pas ruchu w danym kierunku.
Nasz kurs zakończyliśmy na wspomnianej wcześniej uliczce z jedzeniem. Tym razem postanowiłem spróbować kolejnego, sztandarowego dania kuchni indonezyjskiej, czyli Nasi Goreng. Jest to smażony ryż z jajkiem, warzywami, mieszanką przypraw o tej samej nazwie oraz wkładki pod postacią kurczaka, krewetek lub tofu. Było przepysznie, aczkolwiek trochę przepaliło mordkę po tym jak postanowiłem nieco przesadzić z ilością sambala, którym doprawiłem danie.

Po obiadokolacji wróciliśmy do hotelu, posiedzieliśmy z ekipą na tarasie i chciałoby się napisać, że padliśmy… ALE nie! JETLAG mordo Ty moja, jak ja za Tobą zatęskniłem przez ostatni rok, jakże miło Cię ponownie przywitać. I tak oto prawie nie zmrużyłem w nocy oka. Słodko.

Dzień 4 – Ogród Botaniczny w Bogor i impreza u Chińczyka.

Drugi poranek w Dżakarcie zaczęliśmy dość wcześniej, naszym celem był ogród botaniczny w miejscowości Bogor, która jest oddalona od centrum Dżakarty o około 50km. Nie był to przypadek, że wybraliśmy właśnie to miejsce. Znajomi, którzy przylecieli dzień przed nami, wybrali się do niego i nam bardzo polecali. Dodatkowym plusem była możliwość przejazdu pociągiem, co znacząco ułatwiało logistykę.

Ale jeszcze nim doszliśmy do stacji kolejki, zauważyłem jedną rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła. Ulica, która jeszcze wczoraj stała w wielkim korku, teraz była pusta, albo raczej pusta od samochodów, za to pełna biegaczy, rowerzystów, rolkarzy i spacerowiczów.
Jak się okazało, w Dżakarcie już od blisko 12 lat pielęgnowana jest tradycja dnia bez samochodu. Różni się ona jednak od tego co jest nam znane chociażby z polskich miast.
Dzień bez samochodu jest co niedzielę w godzinach 06:00-11:00. Zamykane dla ruchu są wtedy główne arterie w centrum miasta i udostępniane dla niezmotoryzowanych. Nie powiem, ale to naprawdę ciekawy widok, to tak jakby co niedzielę rano w Krakowie zamykane były Aleje Trzech Wieszczów.

Po dotarciu na stację pozostało nam chwilę poczekać na pociąg, którym ruszyliśmy do Bogor. Jak się okazało nie tylko my wpadliśmy na ten genialny pomysł i było dość przytulnie. Mam również wrażenie, a raczej przekonanie, że robiliśmy też niezłą sensację, gdyż ludzie patrzyli na nas z ogromnym zainteresowaniem, ale najgorsze było to, że robili sobie z nami zdjęcia z przyczajki. To znaczy, ja jestem osobą, która nie ma nic przeciwko wspólnym zdjęciom, ale pod warunkiem, że ktoś podejdzie, zapyta i wtedy też to zdjęcie lepiej wychodzi, a nie z przyczajki. W każdym razie jestem ciekawy, kiedy Ci ,,fotografowie” połapali się, że gdzieś na tych zdjęciach dyskretnie pokazany jest międzynarodowy gest pokoju.

Podróż trwała nieco ponad godzinę, ale była dla mnie wyjątkowo męcząca, nie tylko ze względu na tłum i brak miejsca siedzącego, ale także ze względu na to, że właśnie włączał mi się tryb zmęczenia i najchętniej wróciłbym do łóżka… Tak, dokładnie w Polsce była już późna noc albo wczesny poranek, jak już kto woli i organizm domagał się snu. No ale trudno to tylko jeden dzień na totalnym zmęczeniu, później będzie lepiej.

Po dojeździe do Bogor zaczęła się niemal walka o wyjście ze stacji kolejowej. Ja nie wiem, ile ludzi przyjechało tym pociągiem, ale stacja właściwie się zablokowała, do tego stopnia, że był problem… wyjść z pociągu. Na szczęście obsługa stacji sprawnie pokierowała tłumem i po kilku minutach szliśmy w kierunku ogrodu botanicznego, prawie nacinając się przy tym, że jest on zamknięty, ale na szczęście nie był, po prostu brama wejściowa była w nieco innym miejscu niż przewidywałem.

Przy bramie czekała nas niewielka kolejka i kontrola bagażu. Opcji zwiedzania ogrodu jest kilka. Można wynająć meleksa, rower czy hulajnogę elektryczną. My jednak postanowiliśmy zwiedzać ogród pieszo, tym bardziej, że właściwie nigdzie się nie spieszyliśmy.

Ogród botaniczny jest ogromny. Ma powierzchnię 87 hektarów. Został założony przez holendrów w 1817 roku, co stawia go na miejscu lidera jako najstarszy ogród botaniczny w Azji Południowo-Wschodniej. W ogrodzie można zobaczyć blisko 14 000 okazów drzew i roślin, należących do ponad 3,3tys gatunków. W ogrodzie żyje również około 50 gatunków ptaków i nietoperzy. Oczywiście tak samo jak na całej Jawie i tutaj roi się od kotów.
Bardzo ciekawym miejscem jest szklarnia, w której znajduje się 500 gatunków storczyków.

Ogród jest naprawdę ogromny i bardzo ładnie utrzymany. Jest to idealne miejsce na odskocznię od wielkomiejskiego chaosu. Zresztą mieszkańcy z wielką chęcią tą odskocznie wykorzystują, całymi rodzinami przyjeżdżając w niedzielę do parku i urządzając pikniki.

Już po niedługim spacerze okazało się, że sytuacje z pociągu były tylko preludium do tego co nas czekało w parku. Ja wiem, że turyści na Jawie to rzadkie zjawisko, ale w tym parku to już chyba wyjątek. Byliśmy niemal non stop przez kogoś fotografowani albo proszeni do wspólnych zdjęć.
Mieliśmy również przyjemność porozmawiać z pewną młodą dziewczynką. Rozmowa trwała chyba z pół godziny i wyraźnie była zainteresowana naszym krajem. Swoją drogą widać było po jej oczach ogromną radość, że może z kimś porozmawiać po angielsku.

W parku spędziliśmy ponad dwie godziny i zapewne pospacerowalibyśmy dłużej, gdyby nie fakt, że zbliżała się burza. I to taka burza z prawdziwego zdarzenia. Grzmoty niemal nie ustawały. Na twarzach miejscowych widać było coraz większe zaniepokojenie, a po nim szybki odwrót do wyjścia z parku. Ja w swoim życiu miałem już do czynienia z kilkoma burzami w Azji Południowo-Wschodniej i wiem, że są one ulewne i bardzo gwałtowne, co, w połączeniu z brakiem ochrony przeciwdeszczowej sprzętu, skutecznie przekonało również i mnie do wyjścia i poszukania miejsca do schronienia.


Znaleźliśmy je w galerii handlowej. Przy okazji dało to nam możliwość zobaczenia co jest do kupienia w supermarkecie, bo do tej pory robiliśmy zakupy głównie w sklepach pokroju Żabki i zatowarowanie w nich zawsze było bez szału.
Jak się okazało, w supermarketach również nie ma jakiś fajerwerków. Oczywiście podstawowych towarów jest pod dostatek, ale w porównaniu do Wietnamu czy Tajlandii, w Indonezyjskich marketach nie widziałem nic ciekawego co można byłoby przywieźć do Polski.
Będąc w galerii zapchaliśmy również nieco głód.

W międzyczasie burza przeszła, albo właściwie nawet na dobre nie zagościła w Bogor, tylko nas ominęła, no ale jak wspomniałem nie miałem nic co by chroniło sprzęt foto-video przed zalaniem (zapomniałem zabrać z Polski, a tego dnia nawet nie pomyślałem o jakieś reklamówce) no i trochę byłby przypał, jakbym miał go uszkodzić w drugi dzień podróży)

Przyznam szczerze, że coraz bardziej zaczynało dokuczać mi zmęczenie, dlatego złapaliśmy coś na dworzec. Słowo coś nie jest przypadkowe, ni to bus, ni to taksówka, no jakiś rozlatujący się pojazd, który za totalne grosze służy jako transport publiczny w Bogor. Z drugiej strony po Bogor kursuje coś co przypomina takie stare kultowe tramwaje z USA, tyle że osadzone na zwykłych kołach i z silnikiem spalinowym.

Jeszcze nim weszliśmy na dworzec, pokręciliśmy się nieco wokół niego, próbując różnych rzeczy ze stoisk. Było przeciętnie, ale najbardziej zawiodłem się na arbuzie, który miał kompletnie nijaki smak. Nie powiem trochę na co innego się nastawiałem po wizycie chociażby w Wietnamie.
Ostatecznie wróciliśmy na dworzec i poczekaliśmy na odjazd drugiego pociągu. Drugiego, gdyż w pierwszym nie było już miejsc siedzących, a tym razem bardzo nam na nich zależało. Chociaż akurat dziewczyny miały o tyle łatwiej, że w każdym pociągu podmiejskim znajduje się specjalny wagon, dostępny wyłącznie dla kobiet.

Tym razem podróż zakończyliśmy kilka przystanków dalej na dworcu Jakarta Kota. Czyli dokładnie w tym samym miejscu, do którego podjechaliśmy pociągiem dzień wcześniej. Jednak naszym celem nie było ,,stare miasto”, a ponownie stare Chinatown z dużym domem handlowym na czele. Podobno można tutaj kupić absolutnie wszystko, z naciskiem na tekstylia. Niestety byliśmy nieco za późno i większość stoisk była już zamknięta, ale za to otwarty był bilard, więc stwierdziliśmy, że skoro i tak nie mamy nic specjalnie do roboty to czemu by sobie nie wynająć dwóch stołów i pograć.

Godzinę później zakończyliśmy grę i zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia. Nie wyszło to do końca tak jak planowaliśmy, bo trafiliśmy na imprezę. Ba i to jaką imprezę! To była prawdziwa ,,Bania u Chińczyka”. Tam to dopiero zrobiliśmy sensację. Zdecydowanie żaden chińczyk nie spodziewał się, że przyjdą tutaj biali, w tym jedna dziewczyna z rudymi włosami i jedna blond, a takie kolory włosów praktycznie u nich nie występują.
Długo nie musieliśmy czekać, by pewien lekko podpity chińczyk, z papierosem w ustach zaczął wyrywać nam polki, a z jedną to nawet zatańczył.
Przyznam szczerze, że trochę żałowałem, że musieliśmy się zwijać z tamtego miejsca (goniła nas wczesna pobudka następnego dnia), bo klimat był taki, że mógłbym zerwać tam nockę. Myślę, że tym samym mógłbym wpłynąć na stosunki międzynarodowe.

A co do jedzenia… cóż wróciliśmy na naszą niezawodną uliczkę, ale byłem już tak zmęczony, że nie pamiętam co jadłem.

Dzień 5 – Wulkan, Pola Ryżowe, Kopi Luwak i Gorące Źródła.

Ten dzień zaczęliśmy wcześnie rano. Czekała nas całodniowa wycieczka w bardzo ciekawe miejsca.

Po odbiorze z okolicy hotelu… tak okolicy, bowiem sama uliczka była zbyt mała, by kierowca zmieścił się busem, a że było nas 10 osób, to inaczej się nie dało niż jechać właśnie busem. Zresztą ta ilość osób miała pewne plusy. Wszystkie wycieczki mieliśmy prywatne i niemal na każdej udało się coś uciąć z kwoty podanej w sieci.

Pierwsze dwie godziny jazdy było wybitnie nudne i był to dobry moment na dodatkową drzemkę. W końcu dojechaliśmy do wioski, w której zatrzymaliśmy się na targu owocowym, ekhem, znaczy targ to za dużo powiedziane. Tak naprawdę to było kilka niewielkich straganów z owocami. No cóż, ja już się nauczyłem, że tego typu wycieczki to często scam, ale tego się nie spodziewałem. Aczkolwiek jak się okazało było to tylko pierwsze złe wrażenie, które następnie szybko się zmieniło, ale o tym zaraz.

Na ,,targu” mieliśmy okazję popróbować różnych lokalnych owoców. Ponownie jak poprzedniego dnia, tak i tym razem, smak tych owoców był… No raczej średni, przynajmniej w stosunku do tego co przywykłem w pozostałych krajach Azji Południowo-Wschodniej.
Z nietypowych owoców mogliśmy spróbować czegoś co oni nazywają ,,Snake Fruit”. Nazwa bierze się z tego, że skórka owocu przypomina skórę węża. Wewnątrz czeka biały miąższ, o specyficznym zapachu i moim zdaniem kiepskim smaku. Ot taka ciekawostka dla turystów.

Następnym przystankiem były pola ryżowe. I tym razem bardzo pozytywne zaskoczenie. To nie były tego typu pola ryżowe co na Bali, czyli wypieszczone, instagramowe miejscówki pod turystów. To było zwyczajne pole, gdzie normalnie odbywała się praca. Na próżno szukać tutaj równych ścieżek, ławeczek do foteczek czy jakiegoś zaplecza typu restauracja czy czyste sanitariaty. Na polu prócz naszej grupy były jeszcze dwie inne. Idealnie.

Podczas wizyty mogliśmy dowiedzieć się jak wygląda uprawa ryżu, wraz z całym procesem po jego zebraniu. Byliśmy też w dobrym okresie, bowiem część pól była w trakcie zbiorów. Oznaczało to, że mogliśmy spróbować swoich sił i… hmm jakkolwiek to zabrzmi… otrzepać kłos, dzięki czemu ziarenka ryżu oddzielają się od niego.

Ruszyliśmy dalej. Po kilku minutach jazdy droga zaczęła się mocno piąć po serpentynach. Wkrótce dojechaliśmy do perełki tego dnia, czyli na wulkan Tangkuban Perahu.
Jest to aktywny stratowulkan o wysokości 1830m npm. Wulkan posiada pięć kraterów w tym trzy czynne. Już na wstępie przewodnik nas ostrzegł, że powietrze wypełnione jest siarką i jest na tyle zanieczyszczone, że turyści mogą przebywać na wulkanie maksymalnie godzinę.
W sumie tak sobie myślę, że w końcu my krakowianie jesteśmy przystosowani do życia w zanieczyszczonym powietrzu i na okazanie paszportu powinniśmy móc tam przebywać trochę dłużej. Zwłaszcza, że wulkan jest naprawdę pokaźnych rozmiarów i jego obejście stanowiłoby nie tylko ciekawą przygodę i wyzwanie, ale także pozwoliłoby podziwiać wspaniałe widoki… No to znaczy, w naszym przypadku te widoki aż tak wspaniałe nie były.
Dosłownie kilka minut po naszym przyjeździe wulkan zasłonił się chmurami, a jakby tego było mało to w pewnym momencie usłyszeliśmy huk, który oznaczał, że właśnie zbliża się burza.
Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację musieliśmy zejść do nieco niżej położonych punktów widokowych, mijając w międzyczasie multum stoisk z pamiątkami. I trzeba przyznać, że faktycznie widać było po sprzedawcach, że te wyziewy siarki dają im się we znaki. Niemal każdy z nich miał przekrwione oczy.
Po dojściu do kolejnego punktu widokowego widoczność nie poprawiła się za to zaczęło solidnie lać, ale na szczęście była tam wiata, pod którą mogliśmy się schować. Przy okazji nasz przewodnik zorganizował napar z imbiru, który podobno nieco niweluje skutki spotkania z wyziewami siarki. No musze przyznać, że to była moc i to taka moc, że w Polsce taki napar na jesień i zimę siadłby aż miło. Co prawda może nie na wyziewy siarki, ale na wzmocnienie odporności i rozgrzanie jest wprost idealny.  

Padało coraz mocniej, a czas powoli nam się kończył, zatem czy nam się to podobało czy też nie, musieliśmy powoli wracać do samochodu. Na szczęście obyło się bez piorunów, ale podczas drogi powrotnej powietrze aż zaczynało gryźć od oparów, wręcz były momenty, gdzie trzeba było szczelnie zakryć usta i nos i ewakuować się niemal na bezdechu. Przyznam, że podziwiam i bardzo współczuję tym, którzy muszą pracować na wulkanie.

Zjeżdżając tą samą drogą, którą wyjechaliśmy na wulkan czułem pewien niedosyt, zdecydowanie brakowało mi tych widoków, które można zobaczyć w sieci. Z drugiej strony, gdybyśmy przyjechali kilka minut później to nie zastalibyśmy jakichkolwiek widoków.

A swoją drogą jestem ciekawy, czy wiecie, że Indonezja to absolutny fenomen pod względem wulkanów. W kraju tym aktywnych jest 130 wulkanów. Na samej Jawie jest 45 aktywnych wulkanów w tym kilka wyjątkowo niebezpiecznych.

Po zjeździe z wulkanu dojechaliśmy do miejscowości Lembang, w której czekała nas przerwa na Lunch. Nie był on może jakiś wybitny, miejscówka była zdecydowanie przystosowana pod turystów (a my takich nie lubimy), ale przynajmniej w końcu można było wrzucić na ruszt coś bardziej konkretnego, oprócz nieszczęsnych słodkich bułeczek… Tak, niestety, jeżeli chodzi o poranne wycieczki to właśnie takie słodkie bułeczki były podstawą naszej diety, co wynikało bardziej z przymusu niż chęci do ich konsumpcji. Niestety w żadnym, podkreślam ŻADNYM sklepie nie znaleźliśmy niczego co by przypominało pieczywo albo jakieś słone przekąski, cokolwiek czym można by było zastąpić słodkie.

Następny przystanek czekał nas słownie dziesięć minut drogi od restauracji. Tym razem była to hodowla Luwaków. Znawcy kaw myślę, że wiedzą o co chodzi, a osoby, które nie wiedzą to już uświadamiam.
W Indonezji, jak ogólnie w całej Azji Południowo-Wschodniej hoduje się Luwaki, których prawidłowa nazwa to Łaskun Palmowy. Za ich pomocą produkuje się za przeproszeniem gó***ną kawę. Dosłownie. Łaskuny uwielbiają owoce kawowca, przy czym ich przewód trawi jedynie miąższ z tych owoców, a ziarna po lekkim nadtrawieniu i sfermentowaniu wracają na planetę ziemię pod postacią kupy. Ja się na kawie nie znam, bo nie piję, ale podobno takie potraktowanie ziaren powoduje, że kawa traci goryczkę i jest bardzo łagodna. Jednocześnie kawa ta staje się najdroższą kawą świata. Kilogram kawy kosztuje około 2000PLN. Cena wynika z niskich zbiorów, zaledwie 200-300kg rocznie na całym świecie.

Podczas wizyty na hodowli mogliśmy zobaczyć, jak wygląda, że tak się wyrażę kraftowa produkcja tej kawy. Mogliśmy przejść cały proces produkcji, dowiedzieć się co nieco o diecie (tak Łaskuny mają dokładnie rozpisane posiłki na cały tydzień), potrzymać bobo-Łaskuna na rękach no i koniec końców spróbować kawy Kopi Luwak (oczywiście za odpowiednią dopłatą), a także ją zakupić.

Przyznam szczerze, że było to bardzo interesujące miejsce, nie na co dzień widzi się produkcję kawy, a już tym najdroższej kawy na świecie. Podobał mi się w szczególności fakt, że znów trafiliśmy do jakiegoś niewielkiego, kameralnego miejsca, w którym byliśmy właściwie jedyną grupą. Na temat warunków hodowli nie wypowiem się, ale mam wrażenie, że trafiliśmy na coś pośrodku. Nie są to najgorsze warunki, ale do dobrych też im sporo brakuje.

Ruszyliśmy dalej, tym razem do wyjątkowo pięknego miejsca, jakim są pola herbaciane. Indonezja to jeden z największych producentów herbaty na świecie, więc nie mogliśmy przepuścić okazji do zobaczenia na własne oczy jak wyglądają uprawa herbaty.
Pozwólcie, że nie będę rozpisywał się o tej miejscówce, niech jej piękno potwierdzą zdjęcia.
A właśnie apropos zdjęć, podczas tego przystanku ponownie przekonałem się, że nie jest to typowa wycieczka zorganizowana do jakich przywykłem podczas poprzednich wizyt w Azji, a w szczególności w Wietnamie. Miejscówka była tak piękna, że ciężko było z niej odejść, cały czas robiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia i zajmowało to naprawdę sporo czasu, ale przewodnik ani nawet nie wspomniał o tym, że zaczyna się ściemniać i czas zaczyna nas gonić, powiedział wprost, że możemy robić zdjęć do woli.

No dobra, ale trzeba przyznać, że powoli czas nas zaczynał mocno gonić, a przed nami była jeszcze jedna, bardzo ciekawa atrakcja, a mianowicie gorące źródła.
Trafiliśmy do niewielkiego, ale bardzo uroczego (zwłaszcza przy wieczornym podświetleniu) kompleksu basenowego. W każdym z basenów woda miała inną temperaturę i była podgrzewana przez wspomniany wcześniej wulkan.
Podczas wizyty mogliśmy również skorzystać z opcji masażu stóp. Był on śmiesznie tani, ale naprawdę solidnie wykonany. Na duży plus na pewno zasługuje fakt, że o ile na terenie kompleksu jest bardzo dużo osób, które proponują masaże, o tyle nie robią tego w sposób nachalny. Wystarczy raz odmówić i odchodzą.

Dość nietypową ciekawostką jest to, że kompleks basenów otwarty jest całą dobę, a nasz przewodnik powiedział nam, że mamy nielimitowany czas z zaznaczeniem, że do Dżakarty będziemy wracać blisko trzy godziny. Po zadaniu pytania, czy to oznacza, że równie dobrze możemy wyjść o 1 w nocy z basenów, odpowiedział z uśmiechem na twarzy, że jak najbardziej, bo kierowca i tak sobie właśnie drzemie w samochodzie.
Uwierzcie mi, że byłem niesamowicie zaskoczony tym podejściem, bo zazwyczaj takie wycieczki miały ściśle określone ramy czasowe. Oczywiście ostatecznie i tak opuściliśmy baseny około 18, bo następnego dnia z samego rana musieliśmy stawić się na dworcu.

Podczas powrotu zrobiliśmy jeszcze krótką przerwę na jednym z foodcourtów przy autostradzie i ostatecznie koło 21:00 byliśmy na naszej niezawodnej uliczce z jedzeniem.

Po powrocie do hotelu szybko spakowaliśmy się i padliśmy. Nasza wycieczka trwała około 15 godzin i musicie wiedzieć, że nie żałuję ani grosza wydanego na nią.

Na tym kończymy pierwszą cześć relacji z wyjazdu do Indonezji. Mam nadzieję, że zarówno artykuł jak i zdjęcia podobały Wam się.
W następnej części wybierzemy się do miejscowości Yogyakarta i tam będzie jeszcze ciekawiej.

Ot taka zajawka kolejnej części relacji.

Dodaj komentarz