Indonezja w dwa tygodnie – Część druga – Yogyakarta

Po długiej i rozbudowanej pierwszej części relacji z podróży po Indonezji, czas ruszyć dalej. W drugiej części nadal będziemy zwiedzać Jawę, ale tym razem przejedziemy ze stolicy do miejscowości Yogyakarta. Był to bardzo intensywny i niesamowicie ciekawy etap podróży, więc już teraz zachęcam do przygotowania sobie czegoś do przekąszenia i do picia, zaraz ruszamy. 

  1. Wstęp
  2. Dzień 6 – Tuk-Tuk, Pociąg, Taksówka.
  3. Dzień 7 – Wschód słońca, Ruiny Świątyni, Jedzenie dla turystów, Wulkan, Kolejne Ruiny Świątyni, Zachód słońca.
  4. Dzień 8 – Centrum Yogyakarta.
  5. Dzień 9 – Jaskinie i spływ.
  6. Moja opinia o wyspie Jawa.

Wstęp

Na wstępie kilka informacji, dla tych, którzy trafili na drugą część relacji bez przeczytania pierwszej części. 

Artykuł jest jedną z trzech części relacji z dwutygodniowego wyjazdu do Indonezji, który odbyłem w październiku 2024. W swoich relacjach staram się dokładnie i szczerze opisywać to co zobaczyłem podczas wyjazdu. Niektóre opinie mogą być niezgodne z ogólnym przekonaniem, ale tak po prawdzie mało mnie to ogólne przekonanie interesuje.
Wkrótce powstanie seria artykułów, które będą poruszać tematykę organizacji takiego wyjazdu od strony praktycznej i tam będą już suche fakty dotyczące danych miejsc.
Już teraz zapraszam także na przeczytanie trzeciej części artykułu, w której wybierzemy się na Bali. Wkrótce (czyli jak napiszę, czyli w moim przypadku to tak do kilku miesięcy) wkleję tutaj link do artykułu. 

Dzień 6 – Tuk-Tuk, Pociąg, Taksówka.

Właściwie ledwo poszliśmy spać po długiej wycieczce i już trzeba było wstać, by zdążyć na pociąg. Zgodnie z informacją podaną na bilecie zakupionym on-line, musieliśmy być na dworcu godzinę przed odjazdem pociągu, czyli w naszym przypadku o 5:20. Generalnie wszyscy chcieli mnie zabić za ten pomysł, sam również myślałem o rzuceniu się pod Tuk-Tuk, ale prawdopodobnie przy mojej masie więcej szkód narobiłbym nic niewinnemu Indonezyjczykowi niż sobie.

A tak odnośnie do Tuk-Tuka i to całkiem na poważnie (albo i nie).
Podczas czekania na Graba, przy naszej grupie (4 osoby) zatrzymał się kierowca Tuk-Tuka. Nie wiem jaki cel mu przyświecał, gdy próbował nas namówić do przejazdu, ale mam pewne wrażenie, że chyba przecenił wielkość swojego pojazdu. Wiecie, do tamtejszych Tuk-Tuków z trudem mieści się trzech Europejczyków (w przeliczeniu 1,5 Amerykanina), a nas była czwórka, każdy z walizkami i plecakami podręcznymi, także no ja jakoś nie za bardzo widzę opcję byśmy mieli się zmieścić. Zresztą tak po prawdzie myśmy z trudem zmieścili się do taksówki, a co dopiero do tego Tuk-Tuka.

Na dworcu sprawnie odebraliśmy karty pokładowe (tak, tamtejsze bilety online trzeba wymienić na fizyczne bilety, które wyglądają jak typowe karty pokładowe znane z lotnictwa) i… właściwie zostało nam nic innego jak czekać.
Sam dworzec, z którego ruszaliśmy nie był jakiś porywający, kilka peronów, pod peronami kilka kawiarni, sklep i restauracje.

Kilkadziesiąt minut przed planowanym odjazdem, nasz pociąg wtoczył się w perony. Był to pociąg relacji Jakarta – Yogyakarta – Surabaya. Skład stanowiły, prawie wyłącznie, bardzo wygodne, wagony klasy drugiej z wyjątkiem jednego wagonu restauracyjnego i jednego wagonu typu Deluxe, w którym znajduje się kilka prywatnych, jednoosobowych przedziałów, z pełni rozkładanymi fotelami, systemem rozrywki pokładowej, cateringiem i osobną obsługą.

Charakterystyczna muzyczka puszczana z dworcowych głośników (i która dożywotnio będzie kojarzyła mi się z Indonezją), seria sygnałów nadawanych przez maszynistę i ostatecznie gwizdek konduktora oznaczał, że najwyższy czas rozpocząć około siedmiogodzinną podróż.

Początkowo linia robi kółko wokół Dżakarty, ponownie przypominając o tym z jak wielkim miastem mamy do czynienia, po to by po jakimś czasie wyjechać poza miasto, a później poza aglomerację, gdzie nagle niebo robi się błękitne, a pola ryżowe rozciągają się po horyzont.
Po kilku godzinach wjechaliśmy na wyjątkowo ciekawy i piękny odcinek, podczas którego linia kolejowa zaczęła wić się między wzgórzami i wulkanami. Cóż, zarówno ja jak i większość ekipy odcinek ten przespała.

I zapewne zaraz ktoś się spyta, po co tłuc się pociągiem, skoro codziennie między Dżakartą, a Yogyakartą jest około 13 lotów dziennie, w tym często ceny są podobne do biletów kolejowych? Ano tak to ze mną już jest, że jestem połowicznym Mikolem i jak jest alternatywa by skorzystać w danym państwie z kolei, to koniecznie muszę to zrobić. Poza tym widoki są zdecydowanie lepsze z dołu niż z góry. W przypadku Indonezji to jeszcze nie było aż takiej różnicy, ot 1h samolot vs 7h pociąg, ale w takim Wietnamie wybraliśmy przejazd pociągiem, który trwał 33h, zamiast samolotu, którym przelot trwałby około 1,5h. 

Uwaga na uszy! To najbardziej charakterystyczny dźwięk ,,stacyjny” jaki kiedykolwiek słyszałem.

Przemarznięci dojechaliśmy do Yogyakarty. Tak, dobrze czytacie, przemarznięci. Podobnie jak w pozostałej części Azji Południowo-Wschodniej, tak i w Indonezji, posługiwanie się klimatyzacją polega na jej podkręceniu na maksa i niech się dzieje co się chce. W pewnym momencie, wewnątrz wagonu było zaledwie 19st, kontra 40st na zewnątrz. Do tego stopnia dawało się to we znaki, że w pewnym momencie, na stacjach zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz by się zagrzać. Po dojeździe do Yogyakarty złapaliśmy Graba i pojechaliśmy do naszego miejsca noclegowego.

Tym razem był to sporych rozmiarów dom, który mieliśmy cały dla siebie.
Niemałą atrakcją okazały się legwany, które mieszkały sobie w klatkach na zewnątrz domu i które były codziennie wypuszczane przez właścicieli na spacer wokół domu.
Prawdę mówiąc zameldowanie wydłużyło się prawie do godziny, bo wszyscy chcieliśmy pooglądać te zwierzęta oraz wziąć je na ręce.

W końcu krzychos wziął sprawy w swoje ręce i zwołał zbiórkę, bo głód zaczynał mnie tak ściskać, że jeszcze chwilę, abym wziął grilla i te gady sobie usmażył, byle coś zjeść. Tym razem wybór jedzenia nie był spontaniczny, tylko wybrałem pobliską knajpkę z dobrymi ocenami i niskimi cenami. Była to knajpka, gdzie kuchnia indonezyjska mieszała się z chińską. Całkiem smacznie to wyszło. Solidne jedzonko przepiliśmy jeszcze przepyszną wodą kokosową. W końcu po tylu dniach udało mi się znaleźć te pyszności, za którymi tak tęskniłem i które wcześniej udało mi się wypić tylko raz w Dżakarcie. Tak dla porównania, w Tajlandii i Wietnamie te kokosy były na każdym kroku.

Solidnie najedzeni ruszyliśmy na spacer po centrum Yogyakarty.
Na temat kilka przynudnawnych słów na temat Yogyakarty. Jest to miasto położone w środkowej części Jawy, zamieszkane przez około 400 000 mieszkańców. Początki osadnictwa na terenie obecnego miasta szacuje się na około 700-800 rok. Miasto słynie z bardzo wielu zabytków, zarówno w samym obszarze administracyjnym jak i w okolicach. Jest to również bardzo ważny ośrodek uniwersytecki z Uniwersytetem Gadjah Mada na czele, który jest największym i najbardziej uznawanym Uniwersytetem w Indonezji. Poza tym w mieście działa 11 innych uniwersytetów (w większości prywatnych) oraz Akademia Sił Powietrznych Indonezji. Co ciekawe jest to jedyne pozostałe miasto królewskie w Indonezji, w którym rządzi monarcha. 

Koniec kącika historyczno-faktycznego, wracamy do zwiedzania.
Naszym głównym celem było znalezienie sklepu, większego niż Indomarket, co jak się okazało, w centrum Yogyakarta nie należy do najłatwiejszych. Dopiero po odejściu około 2km od ,,rynku” znaleźliśmy supermarket z i tak kiepskim zaopatrzeniem. Ale podstawowe rzeczy udało się kupić.

Po zakupach wróciliśmy do naszej kwatery, by zostawić bagaże i chwilę odpocząć, a przede wszystkim uprać rzeczy i przygotować się na kolejny dzień pełen wrażeń.
To znaczy oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tak całe popołudnie siedzieli w domu, co to to nie, absolutnie nie. Wieczorem wyszliśmy na główny plac / rynek, wokół którego każdego wieczora rozkłada się masę budek z przeróżnym street – foodem.
Nawet sobie sprawy nie zdajecie jak to wszystko było pyszne i tanie. A co mogliśmy tam spróbować? Szaszłyczki z przeróżnym mięsem i owocami morza, jakieś omleciki, indonezyjski kebab, kukurydza opiekana na węglu, koreańskie kluski z przepysznym sosem, masę różnych zup i dań kuchni indonezyjskiej, no w sumie niemal wszystko co dusza zapragnie i co da się przygotować w warunkach ulicznych. To wszystko przepijane było mrożoną herbatą, która była wspaniała. 

Wróciliśmy na nocleg, zrobiliśmy małą posiadówkę w części jadalnej naszego domu i poszliśmy spać, bowiem następnego dnia czekała nas pobudka o skrajnie chorej godzinie.

Dzień 7 – Wschód słońca, Ruiny Świątyni, Jedzenie dla turystów, Wulkan, Kolejne Ruiny Świątyni, Zachód słońca.

Jak już wspomniałem ten dzień zaczęliśmy od pobudki o skrajnie chorej porze, czekała nas bowiem kolejna całodniowa wycieczka. Odbiór spod domu mieliśmy umówiony przed godziną 4 rano.
Naszym pierwszym przystankiem było wzgórze Punthuk Setumbu. Jest to wzgórze znajdujące się około 30km od Yogyakarta. Po dojeździe na parking czekał nas poranny fitness, podczas którego musieliśmy pokonać niby niewielkie, ale powodujące lekką zadyszkę podejście. 

Na miejscu okazało się, że nie tylko my wybraliśmy się na wschód słońca. Standardowo robiliśmy przy tym małą sensację wśród lokalsów, ale było to w miarę do zaakceptowania.  W samym punkcie widokowym pojawiliśmy się o idealnej porze, właśnie zaczynała się złota godzina, po której nastąpił wschód słońca, który pomimo chmur na horyzoncie, był wprost epicki.
W tle, po drugiej stronie doliny, majestatycznie dymił wulkan Merapi (o którym później). Tuż obok niego mogliśmy podziwiać drugi, zdecydowanie spokojniejszy wulkan Merabu. Zresztą całe okolice Yogyakarty są wręcz usłane aktywnymi wulkanami.
Gdzieś w dolinie, dokładnie w linii prostej między nami, a wulkanem Merapi dostrzec można było zarysy przepięknej świątyni Borobudur, którą również mieliśmy okazję zobaczyć tego dnia z bliska. 

Podobnie jak zachód słońca tak i wschód słońca na tej wysokości geograficznej przebiega bardzo szybko, dlatego po serii zdjęć z motywem wschodu słońca, zaczęliśmy przerzucać się na ujęcia w miejscówkach, które jak nic przygotowane są pod materiał na insta. Jakaś ławeczka, wokół której zostało stworzone serce, jakaś platforma na pniu drzewa z ujęciem między dwoma wulkanami. Dość ciekawie to wszystko wyglądało. 

Schodząc na parking tym razem nam się już nie spieszyło, zresztą co chwilę mijaliśmy jakieś mini sklepiki z pamiątkami przy których był obowiązkowy postój i rozkminianie jak bardzo ceny są zawyżone i czy to oby jest właśnie to miejsce na kupienie magnesów. A jak nie sklepy z pamiątkami to jakieś małe kawiarnie, w których dziewczyny nie mogły odmówić sobie porannej, smacznej kawusi.

Po zejściu na parking ruszyliśmy dalej.
Naszym kolejnym przystankiem była niewielka, ale bardzo ładna świątynia buddyjska, w której to nasz przewodnik okazał się być trochę fanatykiem religijnym i zanudzać o zasadach religii, o tym, że Europejczycy żyją niezgodnie z tymi zasadami i bla bla bla. Mając te zasady dość głęboko, postanowiłem oddzielić się od grupy i skupić na zdjęciach i nagrywaniu materiału video. To znaczy nie zrozumcie mnie źle. Ja rozumiem, że każda religia ma pewne zasady, ale na miłość Boską, nie cierpię jak ktoś mi narzuca te zasady i obwinia mnie o ich nieprzestrzeganie, gdzie powiem wprost, że mają się one nijak do rzeczywistości, która jest w Europie. (się zaś odpaliłem, wybaczcie)

W końcu po dość długim pobycie we wspomnianej świątyni ruszyliśmy dalej.
Naszym kolejnym celem była świątynia Borobudur, która jest chyba jedną z najbardziej charakterystycznych świątyń na Jawie i którą możecie dość często spotkać w artykułach opisujących tą wyspę (oczywiście ja nie będę gorszy).
Na miejscu okazało się również, dlaczego przewodnik tak długo trzymał nas w poprzedniej świątyni, a mianowicie wynikało to z godzin otwarcia Borobudur. Byliśmy jednymi z pierwszych gości tego dnia, którzy trafili na pierwszą turę oprowadzania zaraz po otwarciu bram świątyni… a właściwie lokalny przewodnik przejął nas na tyle wcześnie, że po dojściu do świątyni trwały w niej ostatnie przygotowania do otwarcia. 

Świątynia jest jedną z największych i najważniejszych świątyń Buddyjskich na świecie. Pomimo to historia tej świątyni nadal nie jest do końca odkryta. Wiadome jest, że została wybudowana pomiędzy 750, a 850 rokiem. Wiadome jest również to, że w XI wieku świątynia straciła na znaczeniu i zaczęła popadać w ruinę. Dzieła zniszczenia dopełniła natura przez liczne trzęsienia ziemi i erupcje Merapi. 
Dopiero w 1814 roku świątynia została ponownie odkryta. Kompleksowa odbudowa świątyni zaczęła się w 1907 roku, a w 1991 roku Borobudur została wpisana na listę UNESCO.

Wracając do relacji. Po dojeździe na parking, przesiedliśmy się z samochodów na meleksy i ruszyliśmy do części kompleksu, w której załatwiliśmy sprawy organizacyjne, w tym między innymi wyznaczenie przewodników dla poszczególnych grup podczas pierwszej tury, odebranie klapek, w których musieliśmy poruszać się po świątyni i które zostały nam na pamiątkę. Każdy z nas otrzymał również butelkę wody, która okazała się być zbawieniem. 
Jak wcześniej wspomniałem po przejściu pod świątynie, mieliśmy jeszcze kilka minut na otwarcie jej bram, po czym zaczęliśmy zwiedzać ten piękny obiekt. 

Podczas zwiedzania przechodziliśmy po kolei po poszczególnych tarasach podziwiając wspaniałe płaskorzeźby… No może z tym wspaniałym to przesadziłem, praktycznie każda z nich jest w innym stanie, trzeba bowiem pamiętać, że pomimo prac konserwatorskich, otoczenie i klimat w Borobudur nadal nie jest zbytnio przyjazny. Niemniej jednak jest to naprawdę ciekawe, nasz przewodnik starał się, by opowiedzieć nam o wszystkim dość dokładnie, ale z drugiej strony przystępnie, bowiem zrozumienie całej historii zawartej w ponad 2000 płaskorzeźbach jest trudne do ogarnięcia dla kogoś kto nie zna buddyzmu. Płaskorzeźby przedstawiają życie Buddy i Dżataki.

Z ciekawostek trzeba nadmienić, że gdyby te wszystkie płaskorzeźby, które otaczają fasadę świątyni, wziąć i rozciągnąć na prosto, to osiągnęlibyśmy potężną płaskorzeźbę o długości 6km. To tyle ile spod kościoła na Prądniku Białym w Krakowie do ulicy Krakowskiej w Januszowicach. A jeżeli nie wiecie, gdzie są Januszowice to taka miejscowość między Trojanowicami, a Przybysławicami.

Z każdym kolejnym tarasem (łącznie jest ich osiem) słońce dawało się coraz mocniej we znaki, także zimna woda, którą dostaliśmy była czymś zbawiennym. Mimo to coraz większy trud wspinaczki po dość wysokich stopniach wynagradzały nam widoki. Świątynie otacza bowiem dżungla, która, pomimo końcówki pory suchej, wręcz tryskała soczystą zielenią. No i oczywiście te widoki na wulkany, to było coś przepięknego. 

Po dojściu na ostatni taras, mieliśmy chwilę, by samodzielnie pochodzić po świątyni i na spokojnie zrobić zdjęcia i podziwiać ten wspaniały obiekt.
Przyznam szczerze, że żałowałem, iż czas zwiedzania tej świątyni jest ściśle określony i nie można przebywać w niej nieco dłużej. Naprawdę zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie i miała w sobie pewien taki specyficzny klimat, dla którego można by spędzić w niej cały dzień. 

Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy na wczesny lunch, który tym razem nie był w cenie wycieczki. Niestety moje obawy sprawdziły się i trafiliśmy do typowej restauracji dla turystów, w której miałem poważne obawy co do jedzenia. Również jak to w typowe w takim miejscu, ceny były co najmniej średnio rozsądne. Jak się okazało porcje również nie były nadto pokaźne. 
Nasze żołądki dość szybko odczuły tego typu jedzenie i perturbacje żołądkowe zaczęły się jeszcze nim wyjechaliśmy z restauracji. Stoperan (to nie jest lokowanie produktu) nieco je uspokoił, ale cóż… następny dzień miał być średnio przyjemny, ale o tym później. 

Naszym kolejnym przystankiem było coś na co czekałem najbardziej, czyli zbliżenie się do wulkanu Merapi. Słowo zbliżenie jest w tym przypadku kluczowe, bowiem od 2020 roku wulkan jest w stanie erupcji i nie można zbliżać się do niego na odległość mniejszą niż 4km.
Oczywiście nie oznacza to, że wulkan nonstop wypluwa z siebie ogromne ilości pyłu i zieje ogniem. Obecna erupcja jest niewielka i właściwie jedyne co daje o niej znać to jęzory lawy na jego zboczach i niewielki obłok dymu. Jednakże nie zmienia to faktu, że nikt nie jest w stanie określić, kiedy ten stan rzeczy się zmieni i zacznie się mocniejsza erupcja, a trzeba pamiętać, że wulkan ten uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych i najbardziej aktywnych wulkanów świata. 

Z jednej strony trochę szkoda, bo widoki z wysokości około 3000 m. n.p.m. z pewnością byłby niesamowite, z drugiej jednak strony oglądając najświeższe nagrania kopuły szczytowej, które są nagrane przez drony, trochę ciężko mi się dziwić temu, że władze dmuchają na zimne i zabraniają zbliżania się do wulkanu.
Tym bardziej, że kilka lat temu na sąsiedniej wyspie, Sumatrze, wulkan Marapi (tak wiem, że można łatwo się pomylić) w wyniku nagłej i niespodziewanej erupcji zabił 11 turystów. 

Jeden z najciekawszych materiałów, jaki spotkałem na YouTube, pokazujący w jakim stanie jest kopuła szczytowa wulkanu Merapi.

Zwiedzanie okolic wulkanu odbywa się w dość ciekawy sposób, mianowicie po dojeździe do pewnej wioski, przesiedliśmy się z busa na trzy samochody terenowe 4×4 i ruszyliśmy po bezdrożach.

Pierwszym przystankiem była wioska, a raczej pozostałości z wioski, która została zniszczona przez potężny wybuch wulkanu w 2010 roku. Wybuch był poprzedzony kilkuset trzęsieniami ziemi, jednak ze względu na lokalne wierzenia, w których czci się, o ironio, wulkany, część z ponad 300tys mieszkańców okolic wulkanu odmówiła ewakuacji. Osoby w imię swojej wiary spotkały się z potężnym spływem piroklastycznym. Zginęło wówczas 350 osób.
Co ciekawe, wspomniana erupcja była tak potężna, że obniżyła wysokość wulkanu o 38 metrów. Mało tego, o ile do 2010 roku wulkan był monitorowany i jego erupcje były w miarę przewidywalne, tak podobno obecnie wulkan zachowuje się całkowicie inaczej i wulkanolodzy nie są w stanie określić co jest tego przyczyną (oprócz znacznego zniszczenia kopuły) i jakie będzie niosło to za sobą skutki. 

Kolejne punkty zwiedzania były już zdecydowanie mniej przygnębiające, bowiem skupiały się głównie na przepięknych widokach na wulkan… No to znaczy przeważnie są przepiękne, bo tym razem czubek wulkanu został zasłonięty przez chmury.
Ciekawym punktem był również bunkier, w którym wulkan był monitorowany przez badaczy. Niestety również w tym przypadku w 2010 roku nie obyło się bez ofiar, bowiem w wyniku erupcji zginęło dwóch wulkanologów, którzy znajdowali się w bunkrze.

Jak wspomniałem z wulkanem miałem ten problem, że jego czubek był zasłonięty, ale akurat przy bunkrze, było dobrze widać jak pod tymi chmurami, niemal co parę sekund po zboczu pędzą skały.
Zresztą sam kierowca terenówki opowiadał nam, że on żyje około 5km od wulkanu i co noc z takiej odległości słychać jak ten wulkan pracuje. Przyznam szczerze, że kiepskie to położenie wybrali sobie Indonezyjczycy. 

Ostatnim punktem tego dnia była świątynia Prambanan. Jest to hinduistyczny kompleks świątyń, który został wybudowany w IXw. W czasach swojej świetności na terenie kompleksu znajdowały się uwaga… 224 świątynie. W centralnym punkcie kompleksu były trzy najważniejsze, poświęcone Wielkiej Trójcy Bogów: Brahm (Bóg Stworzyciel), Wisznu (Bóg utrzymujący Świat) oraz Śiwa (Bóg Niszczyciel).

Niestety ponownie we znaki dało się kiepskie położenie Indonezji i w XVIw. świątynia została w dużej mierze zniszczona przez ogromne trzęsienie ziemi, a następnie zapomniana.

Minęły dwa wieki nim kompleks został ponownie odkryty. Nie do końca wyszło mu to na dobre, bowiem w żaden sposób nie chronione budynki były niszczone w celu pozyskania materiałów do budowy innych budynków. Dopiero w 1930 roku ktoś się ogarnął i zaczął próbować rewitalizować obiekty… Tylko według informacji od przewodnika wyszło to raczej średnio, bowiem świątynie były wzniesione ze skały wulkanicznej i pod wpływem zwykłych cegieł… zawalały się.
Od 1991 roku świątynia figuruje na liście UNESCO. 

Obecnie świątynie można zwiedzać samemu lub za dodatkową opłatą z przewodnikiem. Część naszej grupy wybrała drugą opcję, natomiast ja z Werką byliśmy zbyt zmęczeni na wysłuchiwanie kolejnych historii i stwierdziliśmy, że pospacerujemy sobie sami, spontanicznie zwiedzając kolejne obiekty i nie zważając za bardzo na ich znaczenie.
Naszą wizytę zwieńczył przepiękny zachód słońca, a tuż przed nim również odsłonięcie się kopuły szczytowej Merapi, dzięki czemu mogliśmy wykonać genialne zdjęcia. 

W końcu po około 14h wycieczki, kompletnie wykończeni wróciliśmy do domku… Ale jeszcze resztkami sił poszliśmy próbować kolejnych street-food-owych rarytasów. Tym razem było pysznie.

Dzień 8 – Centrum Yogyakarta.

Po trzech bardzo intensywnych dniach, w końcu nadszedł ten dzień, w którym mogliśmy złapać chwilę oddechu. Chyba dla wszystkich priorytetem było odespanie poprzednich dni. Był to też dzień, w którym podzieliliśmy się na mniejsze podgrupy i każdy udał się spontanicznie w swoją stronę. 
Osobiście miałem więcej niż kilka miejsc do zobaczenia w mieście i najbliższej okolicy, jednakże obiad z poprzedniego dnia tak mocno dawał mi się we znaki, że postanowiłem nie oddalać się zbytnio od noclegu. 

Pierwszym celem był bardzo specyficzny obiekt, Taman Sari. Jest to niewielki fragment systemu obronnego nieistniejącego już pałacu. W czasach świetności był tutaj kompleks wodny, który oprócz funkcji obronnych stanowił również miejsce wypoczynku dla sułtana i jego dworu. Musiało to robić wtedy ogromne wrażenie, powiem w skład kompleksu wchodziło sztuczne jezioro, wyspy, miejsce królewskich kąpieli, meczet, mosty i podziemne przejścia.

Obecnie znajduje się tutaj niewielki kompleks złożony z kilku budynków i trzech basenów i nadal robiło to całkiem dobre wrażenie. Oprócz tego, podobno gdzieś znajduje się wejście do Studni Gumuling, ale my takowego nie znaleźliśmy. 

Jeszcze nim na dobre opuściliśmy kompleks natrafiliśmy na studentów turystyki, którzy do nas zagadali, czy moglibyśmy im pomóc w wykonaniu ankiety na temat turystyki w Yogyakarta. Oczywiście nie zamierzaliśmy odmówić, a po jej wykonaniu jeszcze chwilę z nimi porozmawialiśmy. 

Po wyjściu zaczęliśmy kręcić się bez bliżej określonego celu. Muszę przyznać, że niewielkie uliczki, które można znaleźć wewnątrz ,,pierwszego ringu” mają w sobie coś uroczego. Swoją drogą trochę przypominało mi to centrum Chiang Mai. Tam również historyczna i najbardziej turystyczna część miasta otoczona jest murami, tworząc specyficzny Ring, w którym również można znaleźć takie uliczki. No tylko mam wrażenie, że w Chiang Mai może nieco bardziej to wszystko było zadbane i zielone. 

Celem naszego spaceru był historyczny pałac królewski, a właściwie jego niewielka, udostępniona do zwiedzania część. Musicie bowiem wiedzieć, że większa część pałacu nadal jest wykorzystywana przez rodzinę królewską. Jednakże jak się okazało, akurat tego dnia ta część nie była udostępniona i jedyne co mogliśmy to pocałować klamkę.

Naszą sytuację podpatrzył pewien lokals, który za wszelką cenę próbował nas namówić na darmowy pokaz tworzenia batik-u (wybaczcie, jeżeli źle odmieniłem). Przyznam, że miałem duże wątpliwości przy tym namawianiu, bowiem już będąc wielokrotnie w Azji wiem z czym to się je i że musi być jakiś haczyk. 
Oczywiście, że tym razem było podobnie, ale nie tak samo jak zwykle. Faktycznie można było zobaczyć na czym polega ta technika. Wiadomo, nie były to profesjonalne warsztaty, ale mimo wszystko było to dość ciekawie opowiedziane.
A haczyk? Cóż, to był po prostu sklep, aczkolwiek muszę przyznać, że tamtejsze obrazy wykonane tą techniką były przepiękne, tylko trochę drogie, ale chyba każdy kto tam trafił (a trafiła chyba każda grupka) to postanowił coś kupić. 

Mając chwilę wolnego czasu postanowiliśmy, że ciekawą opcją będzie wizyta w muzeum Sonobudoyo. Jest to bardzo ciekawe muzeum, które opowiada o historii Indonezji z naciskiem na Jawę. Można sporo dowiedzieć się na temat szeroko pojętej indonezyjskiej kultury. W muzeum moglibyśmy spędzić kilka długich godzin, gdyby nie kwestia samopoczucia. Niemniej naprawdę warto było.
A żeby było mniej nudno, to mogę przytoczyć anegdotę, związaną z pewnym uroczym momentem, gdy spotkaliśmy wycieczkę szkolną. Nauczycielka angielskiego, widząc nas, zapytała, czy dzieci mogą z nami porozmawiać, na co oczywiście przystałem. Radość w ich oczach była bezcenna. Oczywiście nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotografii. 

Po wyjściu z muzeum ruszyliśmy na jedną z bardziej popularnych ulic w mieście, mijając przy tym pomnik upamiętniający ofensywę Yogyakarty i Surakarty z dnia 1 marca 1949 roku. Jest to ważne wydarzenie, w wyniku którego z Yogyakarty wycofały się holenderskie wojska, a Surakarta została wcielona w indonezyjskie granice. 

Wspomniana wcześniej ulica, albo raczej zbiór ulic stanowią strefę turystyczną Malioboro. W strefie tej znajduje się niezliczona ilość sklepów z wszelkim asortymentem, aczkolwiek z założeniem, że asortyment ten ma być pamiątką po wizycie w Yogyakarcie. I tak chodząc od sklepu do sklepu trafiliśmy w jednym na typowe pamiątki, w kolejnym na wyroby z Batiku, w innym na wszelkiego typu ciuchy, a w jeszcze innym na różnego rodzaju spożywkę.

Nie będę ukrywać, że kupiliśmy trochę rzeczy, ale też w granicach rozsądku, bowiem o ile w Etihad taryfa uwzględniała bagaż 30kg, o tyle mieliśmy po drodze jeszcze dwa połączenia tanimi, azjatyckimi liniami, gdzie limit był 20kg. To znaczy, oczywiście, nic nie stało na przeszkodzie, by dokupić te 10kg, ale ogolony wąsik wuja Krzycha Januszka, podrapał mnie, że jest to bardzo nierozsądny pomysł. A szkoda, bo naprawdę w Malioboro było sporo ciekawych i ładnych rzeczy do kupienia. 

Koniec końców ponownie wylądowaliśmy na jedzeniu na naszym ,,rynku” i wróciliśmy do hotelu odpocząć przed kolejnym, ponownie intensywnym dniem. I ja wiem, że zapewne ktoś kto to czyta i kto był w Yogyakarta może stwierdzić, że dość słabo zwiedziliśmy to miasto. Owszem, zgadzam się z tym w 1000%, ale jak wspomniałem ,,restauracja pod Europejczyków” z poprzedniego dnia, męczyła mnie cały czas. Zresztą w ogóle mam wielki niedosyt nie tylko co do Yogyakarta, bo zostało w niej sporo rzeczy do zobaczenia, ale ogólnie w stosunku do całej Jawy.

Dzień 9 – Jaskinie i spływ.

Jak wcześniej wspomniałem, nadszedł kolejny intensywny dzień, chociaż patrząc na poprzednie wycieczki nie była to aż tak mocna jazda bez trzymanki. Co prawda również i tym razem mieliśmy odbiór nad ranem, ale nie musieliśmy wstawać przed świtem, co już jest bardzo istotną różnicą.

Naszym celem były, jeszcze dość mało znane wśród turystów, dwie jaskinie i spływ pontonowy.
Po odebraniu z noclegu ruszyliśmy w porannym szczycie w kierunku wyjazdu z Yogyakarty. Po niedługim czasie nasza droga zaczęła nabierać górskiego charakteru, chociaż te wszystkie ciasne zakręty, podjazdy i zjazdy, były niczym przy tym co czekało nas nieco później. 
Przy okazji po drodze mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda policyjna łapanka na motocyklistów. Przy drodze stało kilka radiowozów i dziesiątki skuterów i motorów, które były sprawdzane pod kątem technicznym, a kierowcy mieli sprawdzane dokumenty. Nie ukrywam, że był to dość nietypowy widok. 

Ostatecznie dojechaliśmy do miejsca, w którym byłem przekonany, że kierowca zaparkuje pojazd i dalej pójdziemy pieszo, ale tak się nie stało. Kierowca poprawił się na fotelu, wrzucił jedynkę i tempem typowego piechura wjechał na szutrową i wyjątkowo nierówną drogę… o ile to coś można było nazwać drogą. 
Po kilku minutach, podczas których mogliśmy nabawić się choroby morskiej, czy tam lokomocyjnej, dotarliśmy do pierwszego punktu dzisiejszej wycieczki. Była to jaskinia Jomblang. 

Jeszcze taka jedna sprawa, zanim zaczniecie oglądać zdjęcia, muszę Was ostrzec, że były one robione aparatem wodoodpornym, który ma zdecydowanie słabsze parametry od lustrzanki, dlatego jakość zdjęć może być odrobinę niższa.

Nim jeszcze zeszliśmy do jaskini, mieliśmy trochę czasu na chillowanie w górskim klimacie, a jako że było jeszcze w miarę wcześnie, to temperatura była całkiem znośna, a powietrze rześkie.  W końcu nadszedł czas na krótką odprawę, podczas której otrzymaliśmy kaski i uprzęże, a następnie omówiliśmy kwestie bezpieczeństwa.
Po formalnościach przeszliśmy do najbardziej odjazdowego momentu podczas tego wyjazdu, a mianowicie weszliśmy do jaskini, a właściwie to zjechaliśmy, bowiem wejście do jaskini możliwe jest wyłącznie poprzez wcześniejszy zjazd 100m w dół na linach.

Zjechałem jako jeden z pierwszych co było srogim błędem, ponieważ o ile na górze zarówno temperatura jak i powietrze było super, o tyle w jaskini wilgotność była tak okrutna, że momentalnie zaczęło się ze mnie lać. 

Z drugiej strony ta wilgotność miała pewien plus, a właściwie tworzyła cały urok jaskini, bowiem gdy już wszyscy zjechaliśmy na linach, rozpoczęliśmy spacer wgłąb jaskini.
Właściwie nie było tam nic ciekawego… do pewnego momentu. A tym momentem była komora Goa Grubug. W jej stropie jest dziura, przez którą wpadają promienie słoneczne, co w połączeniu z ogromną wilgotnością, powodującą mgiełkę, tworzy bajeczny obraz. Resztę niech opowiedzą zdjęcia. Wiele w życiu widziałem, ale czegoś tak bajecznego jeszcze nigdy.
Niestety oprócz naprawdę ciekawej przyrody, jaskinia ta skrywa okrutną historię. Było to miejsce masowego mordów indonezyjskich komunistów, którzy w latach 70-tych byli żywcem strącani w przepaść. 

Powrót na powierzchnię odbywał się dokładnie tą samą drogą, więc ponownie mogliśmy doświadczyć tej adrenaliny. 

Po powrocie na parking zostaliśmy mile zaskoczeni, a mianowicie czekał na nas posiłek. Miałem trochę obaw po jedzeniu na poprzedniej wycieczce, ale głód był silniejszy od strachu. I wiecie co? Jakież to było pyszne. No niby proste danie, kawałek kurczaka, ryż z dodatkami i coś tam jeszcze, a do tego herbata, ale wszystko smakowało wybornie. 
Według słów osoby, która nie zdecydowała się zjechać do jaskini, podczas gdy nas nie było, jeden z kierowców pojechał gdzieś i po niedługim czasie wrócił z jedzeniem. Na moje wygląda to tak, jakby po prostu w pobliskiej wiosce był z kimś dogadany. A ponieważ było to naprawdę głębokie zadupie, to nie sądzę by ktoś przejmował się przygotowywaniem posiłków specjalnie dostosowując je dla turystów.
Drugim miłym zaskoczeniem był fakt, że za niewielką opłatę czekały na nas pamiątkowe zdjęcia ze zjazdu na linie.

Solidnie najedzeni ruszyliśmy dalej, naszym kolejnym celem było równie głębokie zadupie, po dojeździe do którego dostaliśmy informację, że będzie mokro i czas przebrać adidasy na buty do pływania oraz przywdziać stroje kąpielowe.
Po chwili otrzymaliśmy dużych rozmiarów koła do wody (coś rodzaju jednoosobowych pontonów, które można spotkać w parkach wodnych na zjeżdżalniach, tylko, że w tym przypadku wyglądało to na dużo bardziej wytrzymały sprzęt), a następnie zostaliśmy zaproszeni na pakę dostawczaka. Tak serio, coś rodzaju wywrotki, tylko z zamontowanymi poręczami.
Po kilku minutach jazdy dotarliśmy do punktu, w którym zaczęliśmy pierwszy tego dnia spływ. Połączyliśmy nasze koła metodą na rękę i zaczęliśmy krótki, ale epicki rejs. Już po chwili byliśmy w kolejnej jaskini, tym razem była to jaskinia Pindul. Jest to jaskinia o długości 350 metrów z bardzo ciekawymi formacjami skalnymi, które raz po raz były oświetlane przez naszych przewodników. Swoją drogą jeszcze nigdy i nigdzie nie spotkałem tak ogromnej ilości nietoperzy w jednej jaskini. 

Spływ był bardzo krótki, ale również przyjemny, pozwoliło to nam się nieco orzeźwić po wizycie w poprzedniej jaskini. 

Po wypłynięciu na powierzchnię, ponownie wsiedliśmy na dostawczaka i ruszyliśmy do kolejnego punktu. I słuchajta, robiliśmy taką sensację na wiosce, że szok. Wszyscy nam machali, uśmiechali się, wołali do nas. Przysięgam, czułem się jak papież w nieco rozklekotanym bieda-papamobile. 

Swoją drogą spotkaliśmy też kilka innych tego typu wycieczek, już stricte z indonezyjczykami (uwierzcie mi, że nie da się ich pomylić z innymi nacjami) i jeżeli my myśleliśmy, że na naszej pace jest ciasno jak w autobusie linii 139 w godzinach szczytu, to tam był taki tłum, że aż wzięło mnie na wspomnienia z powrotów z dawnych Andrzejek w Krakowie, gdy jeszcze nikt nie myślał o wzmocnieniu komunikacji nocnej. Eh piękne czasy, aż się łezka zakręciła w oku. 

Drogą szutrową dotarliśmy do kolejnego, ostatniego punktu tego dnia. Ale jeszcze zanim o nim, to przewodnicy pokazali nam jak wygląda dziko rosnący, młody eukaliptus i polecili nam zerwać kilka listków i potrzeć o dłonie. Przyznam szczerze, że, jak od dobrych paru lat regularnie chodzę na sauny i ceremonie saunowe, podczas których używane są olejki eteryczne, ba sam w domu regularnie robię aromaterapię, to tak pięknego zapachu eukaliptusa jeszcze nie czułem.

Ponownie nastał moment wejścia do wody. Początkowo miałem poważne obawy, no bo wiecie rzeki w Azji raczej do nie należą do nadzwyczaj czystych, żeby nie powiedzieć, że przy nich Wisła to oaza czystości. Natomiast w tym przypadku trochę się zaskoczyłem bowiem woda była czysta. Wiadomo trochę zamulona, ale to raczej normalne w przypadku rzek, ale nie śmierdziała, nie unosiły się na niej żadne dziwne substancje, więc chyba ok. 

Spływ rzeką Oyo był znacznie dłuższy niż pierwszy ,,rejs” i to było totalne chillowanko. Przewodnicy niespiesznie prowadzili nas po rzece, która wije się między ciekawymi formacjami skalnymi. 

W pewnym momencie dopłynęliśmy do pięknego punktu z dwoma wodospadami i niewielką, wysuniętą platformą (być może jakiś przyczółek starego mostu) około 8-10 metrów nad powierzchnią wody.
Ja już się uśmiechnąłem na sam widok i można powiedzieć, że przewidziałem propozycję naszych przewodników. Kto chce, ten może wyjść i skoczyć do wody. Tak, kto mnie zna, ten dobrze się spodziewał, że nie mogłem się powstrzymać przed skokiem. Chociaż najpierw musiałem wykłócić się z przewodnikami, że skok w kapoku z takiej wysokości (właściwie z każdej wysokości) to skrajny debilizm i gwarancja długiej rehabilitacji. Coś mam wrażenie, że chyba mało kto kusi się na te skoki.
Notabene prócz mnie skoczył też jeszcze jeden uczestnik wyprawy, Pieter, którego to lądowanie plackiem na wodzie, wszyscy sędziowie ocenili jednomyślnie na 20 punktów.  

Po skoku przewodnicy zrobili coś zbawiennego, albowiem wprowadzili nas wprost pod wodospady, a woda z spadająca z nich dawała zbawienne orzeźwienie. No nie powiem, spływ w środku dnia w Indonezji jest dość gorącym doświadczeniem.
Chwilę później zainteresowani mogli również wejść do wody i chwilę samodzielnie popływać, na co skusiła się moja Werka i nasza Martynka, ale tym razem ja odpuściłem, bo mi się już nie chciało.

Tuż przed zakończeniem spływu mogliśmy również zobaczyć na własne oczy, że ta spokojna rzeczka, potrafi przerodzić się w istne piekło. Kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami znajdowały się resztki mostu, zniszczonego przez powódź w 1986 roku. I ja oczywiście wiem, że te mosty to nie są jakieś wybitne konstrukcje, mogliśmy zobaczyć to w wiosce, ale mimo wszystko niesamowite wrażenie robi fakt, że ta rzeka potrafiła podnieść się aż tak wysoko. 

Po zakończeniu spływu poczekaliśmy chwilę na naszego dostawczaka, którym wróciliśmy do wioski, w której to mogliśmy wziąć prysznic, a następnie wsiąść do busa. Oczywiście wracając dostawczakiem na parking, ponownie mogliśmy poczuć się jak papież. 

Tym razem wycieczka zakończyła się w rozsądnych godzinach, co było dla nas o tyle ważne, że przyszedł czas pakowania, bowiem następnego dnia opuszczaliśmy Jawę i przelatywaliśmy na Bali, ale o tym w następnym artykule. 

Moja opinia o wyspie Jawa.

Jak wyżej wspomniałem, ostatni dzień na Jawie dobiegł końca. Uważam, że to dobry moment na napisanie tego co myślę o tej części Indonezji

Właściwie to pobyt na Jawie mógłbym podsumować jednym krótkim zdaniem i to nawet nie zdaniem podrzędnie złożonym tylko trzema słowami. Jestem niesamowicie zaskoczony. Dziękuję za uwagę, trzymajta się cześć. 

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Nie no a tak na poważnie. Lecąc do Indonezji spodziewałem się dwóch rzeczy.
Pierwsze primo, że na Bali będzie komercja totalna i że ta wyspa nie ma nic wspólnego z prawdziwą Indonezją. O tym se pogadamy w następnym artykule. 

Drugie primo, że na Jawie będzie… No właśnie nie wiadomo jak będzie. Polska scena blogowa jest dość uboga w tematach Jawy. Youtube już nieco lepiej, ale dalej nie urywa, a już, tym bardziej że jak już coś jest, to zazwyczaj jedno zaprzecza drugiemu i są to skrajne opinie. 

A jak było faktycznie i według jedynej słusznej opinii? No jak dla mnie totalna petarda. Urzekło mnie zachowanie ludzi, którzy do nas podchodzili, chcieli robić zdjęcia, porozmawiać po angielsku, a zwłaszcza Ci młodzi ludzie, którzy jeszcze się uczą i było widać po nich, taką szczerą radość i nawet pewną satysfakcję, że mogą porozmawiać z kimś z zagranicy, a już tym bardziej z takiego kraju jak Polska. Nie żebym miał wygórowane ego, że jestem z Polski to jestem Pan. Nie na tym rzecz polega. Tam Polska jest w pewnym sensie krajem egzotycznym. Do Indonezji, a w szczególności na Jawę nie lata dużo Polaków, zatem każde takie spotkanie budzi żywne zainteresowanie miejscowych. 

Co mi się niesamowicie podobało to kwestia tych wycieczek. Na żadnej z nich nie było pośpiechu, można wręcz powiedzieć, że pomimo, że każda z tych wycieczek zawierała sporo punktów i dwie pierwsze wycieczki trwały około 14h, to był w nich element slow travel. Miałem takie wrażenie, jakby przewodnicy mieli podejście typu: Owszem może i mamy dużo punktów do zobaczenia, ale bierzcie wszystko z każdego z nich, róbcie masę zdjęć, bylebyście później mieli co wspominać i zachęcać znajomych do odwiedzenia naszej wyspy.

Temat kontrowersyjny, bo dotyczący Dżakarty. Na wielu forach czytałem, by nie zatrzymywać się w niej, bo nie ma po co. Otóż jak dla mnie to bzdura. Owszem miasto to może przytłaczać, ale skrywa się w nim sporo historii i moim zdaniem naprawdę warto i wręcz trzeba zatrzymać się w Dżakarcie i poświęcić stolicy tak z trzy-cztery dni by zobaczyć co ona oferuje. Oczywiście, że nie jest to Bangkok, nie jest to Singapur, Tokio czy nawet Pekin, ale mimo to jest tutaj trochę rzeczy do zobaczenia. No a poza tym samo miasto stanowi świetny punkt wypadowy w okolice, które są już naprawdę bardzo ciekawe.

Yogyakarta? No to już miasto idealne zarówno dla tych, których jara historia, jak i dla tych, którzy uwielbiają naturę. Jest tutaj co robić nawet na tydzień. No i są tutaj jeszcze bardziej przyjaźni ludzie niż w Dżakarcie, co zapewne też wynika z tego, że jest tutaj sporo studentów. No i jedzonko jest naprawdę wyborne… Oczywiście poza miejscami stworzonymi do obsługi turystów. 

Coś co mnie też pozytywnie zaskoczyło to fakt, że nikt ani razu nie chciał nas oszukać. Owszem nie raz chcieli coś wyciągnąć więcej niż by to było normalnie, ale nawet tego faktu nie ukrywali, a dla nas to była żadna różnica. Niemniej porównując to do Wietnamu, to naprawdę było ok. 

No i najważniejsze. Koty. Na Jawie ilość kotów była wręcz przytłaczająca, a ja jestem kociarzem, więc dla mnie było to idealne. 

A więc czy polecam wyprawę na Jawę? Powiem tak, skończ już czytać ten nudny artykuł, wejdź na wyszukiwarkę lotów i kupuj bilety, bo to jest kierunek stworzony dla Ciebie. 
Oczywiście polecam poszukać opinii na blogach, forach czy innych YouTubach, tam na pewno znajdziecie opinie, które przeczą mojej opinii i będziecie w takiej samej kropce jak wcześniej i nadal będziecie szukać odpowiedzi, czy warto lecieć?

Tymczasem ja dziękuję za przeczytanie drugiej części relacji, mam nadzieję, że się podobało. Standardowo, jeżeli masz jakieś uwagi, znalazłeś jakieś błędy, śmiało pisz komentarz lub maila. Konstruktywna krytyka jest zawsze mile widziana.
No i już teraz zapraszam na trzecią część relacji, w której opuścimy wyspę Jawę i polecimy na Bali, czekają nas istne morskie opowieści. 
Zapraszam też do przeczytania pozostałych artykułów z serii o Indonezji. Jak się pojawią to wrzucę załączę tutaj link.

Terima kasih!

Ps. To jak, znaleźliście już te bilety, czy dalej szukacie w internetach czy warto lecieć?

Standardowo, zajawka następnego artykułu