Starorobociański Wierch z Doliny Chochołowskiej

Po wielu latach przerwy w końcu wróciłem na dwutysięczniki. Wybór padł na Starorobociański Wierch. Przed nami długa, aczkolwiek przepiękna trasa na szczyt, który zaliczany jest do Diademu Gór Polski. Zapraszam do wspólnego przejścia szlaku.

Spis Treści

  1. Wstęp
  2. Trzydniowiański Wierch
  3. Kończysty Wierch
  4. Starorobociański Wierch
  5. Dolina Starorobociańska i Chochołowska
  6. Informacje praktyczne

Wstęp

Muszę szczerze przyznać, że Tatry Zachodnie kusiły mnie od dawna. Z różnych powodów odkładałem decyzję wyjścia na szlak. W końcu zachęcony dobrą dyspozycją i przepiękną pogodą postanowiłem wybrać się w ten rejon gór.
Na początek wybrałem Starorobociański Wierch. Był to dla mnie pierwszy dwutysięcznik od wielu lat i uważam, że był to dobry wybór, ponieważ mogłem sprawdzić się kondycyjnie, a jednocześnie nie narażać się na trudności techniczne i eskpozycję, a te dwa czynniki zawsze stanowiły dla mnie pewne problemy.

Wyjazd zarządziliśmy o 4 rano, dzięki czemu uniknęliśmy dużego ruchu na Zakopiance.
Samochód zostawiliśmy na Starej Polanie i już o 6:30 weszliśmy do niemal kompletnie pustej Doliny Chochołowskiej, czyli największej udręki naszej wycieczki.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz ktoś się może oburzyć, że ,,jak mogę nazywać najpiękniejszą dolinę w Tatrach, udręką”, ano mogę i myślę, że każdy, kto chodzi po górach zgodzi się z tym, że dojście kilka kilometrów utwardzonym szlakiem (najpierw asfalt, później droga kamienista) nie jest niczym przyjemnym.

Trzydniowiański Wierch

Po przejściu sześciu kilometrów dotarliśmy do upragnionego przeze mnie miejsca, czyli do Polany Trzydniówka. W tym miejscu swój bieg rozpoczyna czerwony szlak, który doprowadzi nas do Trzydniowiańskiego Wierchu.
Ale najpierw czekało na nas solidne podejście, początkowo spokojne przez polanę, następnie dość strome i mozolne lasem. Na szczęście dobry humor i rozmowy zawsze były dobrymi pomocnikami podczas takich solidnych podejść. Prawdę mówiąc sam nie wiem kiedy ,,łyknęliśmy” to podejście, które uważam, że było najgorsze tego dnia (mimo, że nie było najstromsze).
Po przekroczeniu granicy lasu poszło już z górki. To znaczy metaforycznie, bo nadal nabieraliśmy wysokości, ale podejście zrobiło się nieco mniej strome, a jednocześnie naszym oczom ukazał się przepiękny krajobraz Tatr, który wynagradzał wysiłek.
Po kilku kolejnych minutach byliśmy na szczycie Trzydniowiańskiego Wierchu, gdzie zarządziliśmy pierwszą przerwę, podczas której spożyliśmy drugie śniadanie i jednocześnie zachwycaliśmy się widokami.

Kończysty Wierch

Nasza przerwa na Trzydniowiańskim Wierchu nie trwała zbyt długo i wkrótce ruszyliśmy dalej. Naszym kolejnym celem był Kończysty Wierch. Podejście od Trzydniowiańskiego Wierchu jest dość łatwe. Pierwszy kilometr to przejście niewymagającą granią. Gorzej wygląda kolejne pół kilometra, które jest solidnym podejściem. Na tym odcinku zyskujemy niemal 200m wysokości, a maksymalne nachylenie dochodzi do 60%.
Ale ponieważ jesteśmy w Tatrach i to już powyżej granicy lasu, to podejścia odczuwamy nieco inaczej niż w takich Beskidach. To znaczy ja tak mam. Być może ma to związek z widokami, które wręcz zachęcają do wyjścia jeszcze wyżej i wyżej tylko po to, by zobaczyć jeszcze więcej.

Kończysty Wierch zdobyliśmy dość sprawnie. Był to też pierwszy dwutysięcznik dzisiejszego dnia.
Na szczycie zarządziliśmy kolejną przerwę, po to by napawać się widokiem oraz trochę wystawić mordki na słońce. Upał, który panował tego dnia (bo myślę, że 17st na dwutysięczniku w Tatrach, to faktycznie dość wysoka temperatura, nie mówiąc już o tym co działo się w pozostałej części Polski) był mile przerywany podmuchami wiatru, więc warunki były idealne do wylegiwania się na grani.
Niestety czas zaczynał nas gonić, zatem ruszyliśmy dalej i wyżej.

Starorobociański Wierch

Po przerwie ruszyliśmy dalej. Początkowo szlak schodzi nieco w dół, po to, by później znów zyskać nieco wysokości. Idąc granią byłem zaskoczony, że aż tyle płatów śniegu nadal leży w Tatrach. Nawet osoby, które chodzą regularnie twierdziły, że rzadko się zdarza, by tyle śniegu było o tej porze roku.
Po kilku minutach doszliśmy do stromego podejścia, które było ostatnie tego dnia i wyprowadziło nas zakosami na szczyt Starorobociańskiego Wierchu.
Jest to najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich, zatem zdobywając go, zaliczamy kolejny szczyt do Diademu Gór Polski.
Być może niektórych może zastanawiać nazwa, która kojarzy się z Robotą. Ma to związek z szybami kopalnianymi, które znajdowały się poniżej wierzchołka. Gdy zaprzestano korzystania z nich, wyrobiska zaczęto nazywać ,,Starą Robotą”.

Na szczycie zrobiliśmy dłuższą przerwę na zebranie sił na zejście. Prawdę mówiąc byłem nieco zaskoczony kondycją, którą prezentowałem. Po tak długiej przerwie od Tatr, obawiałem się, że nie tylko będę cierpieć na podejściach, ale również, że może dojść do odwrotu na podejściu. Nic takiego się nie stało, a w nogach czułem jeszcze sporo siły.
Jedyne co zaczynało mnie niepokoić to stan ilościowy wody.

Dolina Starorobociańska i Chochołowska

Na szczycie spędziliśmy około pół godziny i ruszyliśmy w dół. Tym razem było to wyzwanie dla moich kolan, które nie przepadają za schodzeniem, a już tym bardziej, że szlak ten jest dość stromy.
Po dojściu na Siwą Przełęcz zrobiliśmy jeszcze jedną przerwę. To były ostatnie chwile na grani, zatem to była też dobra chwila na napojenie organizmu, jedną małą puszką złotego trunku.
Na Siwej Przełęczy odbiliśmy na czarny szlak, który sprowadził nas do Doliny Starorobociańskiej. Zarówno zejście jak i przejście doliną jest dość mozolne. Sprawy nie ułatwiał upał, który zaczynał dawać się we znaki.
Przejście doliny mimo, że się dłuży trwał nieco ponad godzinę.
Wyście z Doliny Starorobociańskiej oznaczało… wejście na autostradę Chochołowską. W tym miejscu w naszych butelkach pozostały już tylko resztki wody (mimo, że osobiście zabrałem 3l wody).
Szczęśliwie na autostradzie tym razem nie było wielkich tłumów ludzi, niemniej jednak przejście Chochołowskiej to był najgorszy moment wycieczki. Pojawił się ogromny kryzys, objawy odwodnienia i ból stóp.
Solidnie zmęczeni doszliśmy do Parkingu, przebraliśmy się i pojechaliśmy zjeść coś smacznego.

Informacje praktyczne

  1. Szlak, którzy przechodziliśmy nie posiada żadnych trudności technicznych. Nie znajdziemy tutaj również miejsc eksponowanych. Niemniej jednak musicie mieć świadomość, że bez uprzedniego przygotowania fizycznego lepiej się tam nie wybierać. Trasa liczy 22km, co jak na warunki tatrzańskie jest solidnym wynikiem.
  2. Przejście całego szlaku zajmuje około 10h, zatem na szlak powinno się wyjść najpóźniej o 7 rano. Można też podzielić szlak i wystartować ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej lub zmodyfikować trasę przejścia i przenocować w Ornaku.
  3. Pamiętajcie o odpowiednim obuwiu. Uprzedzam pytania, niskie buty trekkingowe na ten szlak są jak najbardziej w porządku, pod warunkiem, że jesteście obyci górami i tego typu obuwiem.
  4. Pomimo upału jaki panował tego dnia, na szczycie wiał chłodny wiatr. Polecam zawsze zabrać ze sobą coś do narzucenia.
  5. Przed każdym wyjściem w góry sprawdźcie prognozy pogody. Jeżeli istnieje ryzyko burz, wyjdźcie wcześniej lub wybierzcie inny, krótszy szlak.
  6. Parking na Siwej Polanie kosztuje 20PLN. Można też dojechać busem z Zakopanego.
  7. Przy Siwej Polanie funkcjonuje wypożyczalnia rowerów z możliwością ich zaparkowania przy schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Znacznie umila to przejście szlaku. Cena wypożyczenia to 12PLN/h lub 45PLN/dzień lub 55PLN/Doba za standardowy rower.
  8. Jeżeli jedziecie samochodem i szukacie dobrego jedzonka, zdecydowanie mogę polecić Chocho Burger-a w Chochołowie
  9. Poniżej wrzucam mapkę przejścia

https://mapa-turystyczna.pl/route/37o6w

Zapraszam do przeczytania pozostałych artykułów podróżniczych na moim blogu